sobota, 15 czerwca 2019

Dzienniki Amerykańskie (12)

Dolina Śmierci
Było późne majowe popołudnie. Słońce w Las Vegas prażyło bez zmiłowania i w tych warunkach odebraliśmy nasz trzeci i ostatni samochód podczas wyprawy do Stanów Zjednoczonych Ameryki. Tym razem był to biały Nissan Sentra, którym zamierzaliśmy pokonać trasę na zachodnie wybrzeże kraju. Ściślej: do San Francisco. Po drodze czekało jeszcze kilka atrakcji: Dolina Śmierci, park Yosemite i dość nieoczekiwanie miejscowość Fresno.

Ale o tym będzie w kolejnych odcinkach. Na razie ruszamy spod oddziału wypożyczalni Dollar w kierunku drogi stanowej nr 160. Przy wyjeździe z Las Vegas zahaczyliśmy jeszcze o Walmarta. Nie można być w Ameryce i nie zrobić zakupów w jednym z 11 tysięcy sklepów należących do sieci założonej w 1962 roku przez Sama Waltona. Wy, młodzi, to żyjecie tymi internetami i smartfonami, więc może nie zdajecie sobie sprawy z faktu, że Walmart to firma o największym przychodzie na świecie - 500 miliardów dolarów rocznie. Taki Apple ze swoimi 230 miliardami nie łapie się nawet do TOP10, a Google (czy raczej cały konglomerat Alphabet) nie zasługuje na TOP50 (110 miliardów dolarów). Tyle warte wasze internety. Nie dorastają do pięt zwykłemu, tradycyjnemu handlowi detalicznemu, oferującemu tony lichego badziewia w atrakcyjnych cenach. Co więcej, Walmart jest też największym pracodawcą świata, zatrudniającym 2,2 miliona ludzi. Gdyby zebrać wszystkich Słoweńców świata, to ledwo by starczyło.

W Walmarcie kupiliśmy trochę artykułów na wieczorny piknik w Dolinie Śmierci. Tym razem nie zaplanowaliśmy bowiem noclegu, mieliśmy poszukać czegoś na miejscu. Zawsze trafi się jakiś bungalow, przyczepa kempingowa, a w ostateczności można spać w samochodzie. W nocy jest tam 30 stopni. Każdy trener personalny powie wam, że trening treningiem, ale dieta jest najważniejsza. No więc nabyliśmy chleb, ser, puszkę Spamu (to taka mielonka, która dała nazwę niechcianym mailom), Pringelsy, dużego Jim Beama, colę, wodę i sałatkę typu coleslaw. Zapłaciliśmy 43 dolary.
Las Vegas, Nevada -> Dolina Śmierci, Kalifornia
Z bagażnikiem pełnym prowiantu wróciliśmy na drogę stanową i skierowaliśmy się na zachód. Przed nami około 120 mil spokojnej jazdy przez pustynię Mojave. Panował tam krajobraz jak z westernu. Wielka, sucha równina, majaczące na horyzoncie Kordyliery, zachód słońca, wyjące kojoty, przetaczające się kupy siana. W radiu znaleźliśmy stację ze starymi przebojami, Johnny Cash, Sinatra, Roy Orbison i tym podobni, przewracający się w grobach artyści. Poniżej dwie fotografie autorstwa Macieja.

Gdzieś w Nevadzie


Nasz dobry humor został wystawiony na ciężką próbę, gdy okazało się, że po przejechaniu 50 kilometrów spaliliśmy połowę baku. Kiedyś miałem przyjemność przejechać się Mustangiem kabrioletem, który przy otwartym dachu palił co najmniej 30 litrów na setkę. Ale litości, teraz mieliśmy cebulackiego nissana, którym wypłowiali akwizytorzy wożą garnki na ekskluzywne pokazy dla redneckich kur domowych w Arkansas. W każdym razie byliśmy więcej niż zaniepokojeni. Benzyna w Stanach jest tania (dwa razy tańsza niż w Polsce), ale to nie powód, żeby zalewać cały bak co 100 kilometrów. Tym bardziej, że w Dolinie Śmierci stacje są rzadkością, a nie chcieliśmy, żeby pośrodku niczego zabrakło nam paliwa. Dzika zwierzyna tylko czeka na takie okazje i z radością rozwłóczyłaby dwa polskie truchła po pustyni.

Pewnie mamy dziurawy bak - pomyślałem na głos. Zatankujemy przy najbliższej okazji i sprawdzimy ile się zmieści. Stacji jednak wciąż nie było i nie było, co jeszcze potęgowało nerwową atmosferę. Na szczęście mimo kolejnych mijanych kilometrów wskazówka licznika ani drgnęła. Zatrzymała się na połowie skali i tak trwała w milczeniu. Odetchnęliśmy z ulgą, po czym wjechaliśmy w granice stanu Kalifornia. Miał to być ostatni, jedenasty stan, który odwiedziliśmy podczas naszej wyprawy (a licząc stołeczny Dystrykt Kolumbia, to dwunasty).

Gdy w końcu udało się nam zatankować, okazało się, że zmieściło się niecałe 10 litrów. A więc wszystko jest w porządku, poza złośliwą wskazówką na desce rozdzielczej, która pokazywała nieprawdę. To są te momenty, gdy z człowieka schodzi cały stres i wydaje mu się, że może podbić świat. A gdyby się tak zastanowić, to w rzeczywistości nic wielkiego ani się nie stało, ani niczemu nie zapobiegliśmy.

Zanim wjechaliśmy do Parku Narodowego Doliny Śmierci, z prawej strony minęliśmy posępne Góry Pogrzebowe (Funeral Mountains). Złowrogą nazwę zawdzięczają temu, że w swoim czasie grzebano tu ludzi. Logika nie została więc pogwałcona. A mnie ten ponury sztafaż okolicy (śmierć, pogrzeb, a w pobliżu jest jeszcze jezioro o nazwie Zła Woda) bardzo odpowiadał.

Paradoksalne było to, że choć z każdym kilometrem robiło się coraz później i ciemniej, to jednocześnie temperatura rosła. Już Las Vegas wydawało się piekłem, a tu się okazuje, że był to dopiero pierwszy krąg. Jak ktoś czytał w gimbazie Dantego, to może pamięta, że kręgów piekielnych było dziewięć. W Dolinie Śmierci termometr wskazywał już 40 stopni, zatem szacowałem, że znajdujemy się gdzieś między czwartym a piątym. Czyli pośród skąpców, rozrzutników, zazdrośników i leni. Lasciate ogni speranza.
Na litość boską.
Dolina Śmierci - najsuchsze miejsce Ameryki i najgorętsze miejsce na Ziemi. W 1913 roku zmierzono tu 56,7 stopnia Celsjusza (rekord Polski to 40,2 stopnia w 1921 roku, na usta nasuwa się tradycyjne Z czym do ludzi?). Właśnie - w Polsce 40 stopni to rekord wszech czasów, a tyle to my tu mieliśmy ot tak, wpadając sobie pod koniec maja na przejażdżkę między Las Vegas a San Francisco.

Zatrzymaliśmy się w miejscowości Furnace Creek. Mieli tam jakiś camping i bar, czyli w zasadzie wszystko, czego w owym czasie potrzebowaliśmy. Wszystkie bungalowy były niestety zajęte, ale miejsca na polu namiotowym było pod dostatkiem. Nie mieliśmy wprawdzie namiotu, ale po co komu namiot, gdy za oknem jest 40 stopni ciepła, a deszczu pada 5 centymetrów na rok? No właśnie. To będzie pierwsze podczas tej wyprawy spanie w samochodzie.

Zaparkowaliśmy pod drzewem, niczym radzieccy szachiści myślący kilkadziesiąt ruchów w przód. Rano słońce pewnie wcześnie wschodzi, więc dobrze żebyśmy się nie ścięli jak białko na patelni podczas niedzielnej jajecznicy. Czas pokazał, że dobrze zrobiliśmy.

Mrok zapadł szybko. Na polu namiotowym, które było tak naprawdę (de facto, jak mawiają studenci prawa) połacią spalonej na wiór trawy, poza nami były jeszcze dwa samochody. Samo pole było wielkości Mokotowa, jak to w Stanach. Nikomu by się nie chciało uruchamiać pola namiotowego wielkości pola namiotowego. Chodź, szwagier, zaoramy pół hrabstwa. Tak działa wolny rynek (ang. Yes cannons slow market).

Jedno auto stało na uboczu i nikt się przy nim nie kręcił, za to drugim przyjechała czteroosobowa rodzina rednecków. Zwrócili na nas swoją uwagę tym, że pół wieczoru przy wyłączonym silniku świecili sobie reflektorami na stół z przekąskami i napojami, przy którym siedzieli i rozmawiali po rednecku.
- Padnie im akumulator - zauważył któryś z nas.
- Dobra, chodźmy do baru - celnie uderzył drugi.

Szklanka zimnego piwa w najgorętszym miejscu na Ziemi
Pewnie wyobrażacie sobie jak smakowała szklanka zimnego piwa, gdy cały otaczający świat jest jedną wielką sauną, w której ktoś zatrzasnął drzwi od zewnątrz. Otóż smakowała wyśmienicie. Dobrze, że nie zamknęli nas z nagimi niemieckimi emerytami, skręcającymi marchewy z ręczników.

Gdy siedzieliśmy przy barze, sącząc płynne złoto, Maciej przypomniał sobie, że gdy był dwa lata wcześniej na żydowskim weselu w Kalifornii, to poznał Steve'a. Steve to książkowy przykład przedstawiciela Amerykańskiego Snu. Człowiek, który ciężką pracą i cenionymi umiejętnościami dorobił się majątku powyżej średniej krajowej. Jest biegłym w swoim fachu mechanikiem samochodowym, który po latach wybudował biały dom z równo przystrzyżonym trawnikiem w najlepszej dzielnicy Fresno. W wolnych chwilach strzela z różnych rodzajów broni krótkiej i długiej, pije piwo kraftowe, ogląda futbol (ten prawilny, zwany tu soccerem) i para się couchsurfingiem czynnym i biernym. To nieco zapomniane słowo oznacza podróżowanie po świecie i darmowe nocowanie u tzw. zwykłych ludzi, zamiast w hotelach czy, tfu, apartamentach. Dlatego mówię "czynnym i biernym", bo Steve nie tylko zwiedził pół świata surfując po kanapach przypadkowych ludzi, ale i sam udostępnia pokoje dla przyjezdnych.

Ale po co o tym wspominam? Nie bez kozery! Fresno to kalifornijskie miasto oddalone od nas o jakieś 500 kilometrów, zatem w warunkach amerykańskich o rzut kamieniem. Maciej napisał zatem do Steve'a, czy możemy jutro wpaść i przenocować przed wyprawą do parku Yosemite. Po chwili przyszła odpowiedź, która była kwintesencją amerykańskiego podejścia do życia, ludzi i w ogóle chyba do wszystkiego. Otóż Steve napisał, że bardzo mu przykro, ale właśnie wyjeżdża z żoną i córkami do Los Angeles, ale w takim razie zostawi klucz pod wycieraczką i da znać sąsiadom, że wpadniemy - i żebyśmy się czuli jak u siebie w domu.

Nam, którzy trzydzieści parę lat spędzili w Polsce, nie mieściło się to w głowach. Chodziło tylko o kawałek podłogi do przekimania się u gościa, który jednego z nas widział lata temu na jakimś weselu, zamienił kilka słów, wypił może piwo i poopowiadał kilka kalifornijskich historii. A ten nam oddaje swój dom, bierzcie, jedzcie, pijcie, w lodówce mam nowe wykurwiste piwo z lokalnego browaru, z barku polecam doskonałego single malta, wpiszcie tylko kod do alarmu, podaję cyfry.

Tak więc jutrzejszy wieczór zapowiadał się pierwszorzędnie. Ale i dziś nie próżnowaliśmy. Korzystając z Google Maps wyznaczyliśmy trasę do Fresno. Można tam było dotrzeć na dwa sposoby - naokoło, ale normalną drogą stanową, albo na skróty, ale przez góry. Był maj, w górach jak to w górach, różnie bywa, i część dróg nieraz jest zamknięta. Sprawdziliśmy na stronach którejś z agencji odpowiedzialnych za drogi w Kalifornii i wyszło, że tydzień temu otworzyli trasę przez przełęcz zamykaną zazwyczaj na pół roku z powodu lawin.

- Idealnie, to tamtędy pojedziemy. 100 kilometrów bliżej, a i zaznamy oszałamiających widoków - zaproponowałem. Była to jedna z głupszych decyzji w moim życiu, ale o tym później. Zostańcie proszę z nami.

Gdy już mieliśmy zapewniony nocleg na jutro, ustaloną trasę do Fresno, a na rachunku widniało sześć piw (dobrze, że nie pięć), wyszliśmy z baru i skierowaliśmy się w stronę nissana. Panował już kompletny mrok, rozjaśniany rozstawionymi z rzadka latarniami - musieliśmy posiłkować się latarkami w telefonach. Sąsiedzi nadal biesiadowali przy wyłączonym silniku, ale włączonych światłach i grającym radiu.

- No przecież padnie im akumulator, co za debile - nie przebieraliśmy w zdroworozsądkowych ocenach.

Delikatnie zrobiliśmy 0,7 Jim Beama siedząc przy pobliskim stoliku i zagryzając Pringelsami o smaku jalapeno. Łapaliśmy kempingowe wi-fi, puszczając z YouTube'a klasyczne amerykańskie szlagiery przeplatane pieśniami o mitycznym Dixielandzie.

Oh, I wish I was in the land of cotton,
Old times there are not forgotten.
Look away, look away, look away Dixie Land!

Nissan Sentra w Dolinie Śmierci
Krótko po północy padliśmy jak muchy. Choć, jak wspomniałem niejednokrotnie, temperatura podchodziła pod 40 stopni, dało się ją wytrzymać. Suche powietrze powodowało, że człowiek nieszczególnie się pocił i oddychał względnie normalnie. Rzekłbym, że wilgotne i podmokłe odmęty Nowego Orleanu były bardziej znojne niż sucha jak wiór atmosfera Doliny Śmierci. Niemniej jednak o 7 rano w samochodzie nie dało się już wytrzymać. Niby staliśmy w półcieniu, o czym zaświadcza powyższa fotografia, ale była to znikoma pociecha.

Obudziliśmy się zupełnie trzeźwi, co było jedną z korzyści klimatu panującego w Dolinie. Z tęsknoty za ojczyzną przygotowaliśmy klasyczne polskie śniadanie - kanapki z mielonką, serem i pomidorem. Za deskę do krojenia posłużyła torba foliowa, a zamiast ciepłej herbatki była ciepła woda z butelki.

Śniadanie w Dolinie Śmierci
Naszą wielką wesołość wzbudził kierowca sąsiedniego samochodu, który od paru minut bezskutecznie próbował odpalić silnik. Klął przy tym na czym świat stoi, zdziwiony że jak to, co do chuja, сука блять. Okruchy nie nadążały z wypadaniem nam z ust ze śmiechu. Przypomniał mi się kawał, który usłyszałem na ognisku pod Lublinem, mając lat siedem.

Siedzi Baca na drzewie i piłuje gałąź na której siedzi, przechodzi turysta: 
– Baco spadniecie! 
– Ni, nie spadne! 
– Spadniecie! 
– Ni! 
– No mówię wam, że spadniecie!
– Eeee, ni spadne! 
Nie przekonawszy bacy turysta poszedł dalej. Baca piłował, piłował aż spadł. Pozbierawszy się popatrzył za znikającym w oddali turystą i zdziwiony rzekł: 
– Prorok jaki, czy co? 

Z tym, że my nie uprzedziliśmy rednecka, że padnie mu akumulator - bo mamy czarne dusze i serca z kamienia.

Obrazki z Furnace Creek w Dolinie Śmierci




Wynajęcie kawałka siana na skale, co tutejsi określali polem namiotowym, dawało przywilej korzystania z prysznica. Po porannej ablucji wsiedliśmy do auta i odjechaliśmy na północny zachód, w kierunku domu Steve'a we Fresno.

Po drodze zatrzymywaliśmy się przy co ciekawszych punktach widokowych - krajobraz był cokolwiek księżycowy. Widziałem kiedyś podobne okolice podczas objazdówki po hawajskich wulkanach.

Jakiś dół w Dolinie Śmierci
Google Maps wyznaczył nam wspaniałą trasę na skróty przez góry. Wymagała ona jedynie przebicia się przez 70 kilometrów drogi o nie najlepszej nawierzchni, jak pisano w internecie. Cóż to jest 70 kilometrów, a poza tym "nie najlepsza nawierzchnia" to bardzo pojemne określenie. W Polsce oznaczałoby to bagno po pas, tutaj to pewnie lekko nierówny asfalt. Nic bardziej mylnego. Po początkowych kocich łbach zaczął się regularny szuter. Jechaliśmy 30 na godzinę, a kamienie bębniły o podwozie jak grad o dach z blachotrapezu. Za nami tuman kurzu wznoszący się na kilkanaście metrów w górę i na boki. Minęliśmy znak "Next gas station - 60 miles". Dopóki droga była prosta, nie darliśmy szat. Gdy zaczęły się zakręty, podjazdy i coraz większe doły, wdarła się niepewność.

- Szkoda zawracać, przejechaliśmy już prawie połowę - powiedziałem butnie.

W istocie. Jechaliśmy już ponad godzinę, jeszcze tylko drugie tyle i dotrzemy do cywilizacji. Potem już tylko przebić się przez góry i jesteśmy we Fresno. Wpadamy do willi Steve'a, otwieramy zimne butelczyny lokalnego kraftowego specjału, odpalamy baseball w telewizorze i niech wali się świat. Ale na razie od dudnienia kamieni o spód nissana pękała głowa, żar lał się z nieba, na horyzoncie tylko skały, wyschnięta trawa i coraz bardziej zacieśniające się góry. Radio przestało odbierać, nie było też zasięgu w telefonie, a silnik rzęził ostatkiem sił.

I tak przez 70 kilometrów

W pewnym momencie stanęliśmy, wysiedliśmy i spojrzeliśmy na swoje położenie. Od półtorej godziny przebijania się jakąś absurdalną szutrówką nie minęliśmy żadnego żywego ducha. Gdyby samochód teraz nie odpalił, umarlibyśmy w ciągu dwóch godzin, na co liczyły zresztą okoliczne zwierzęta. Jest 45 stopni w cieniu, ale cienia nie ma tu żadnego - tylko skały, ziemia i karłowata roślinność. Nie mamy nawet zasięgu. Zawsze w takich sytuacjach (no, w podobnych, bo w takiej to byłem pierwszy raz) wyświetla mi się w głowie epitafium: Adrian Lewandowski, urodzony 26 lipca 1986 w Białymstoku, zmarł 27 maja 2016 w Dolinie Śmierci.

- Chuj, zawracamy.

Wróciliśmy tą samą drogą - gdyż innej nie było. Straciliśmy ponad 3 godziny na jakiś absurdalny, niczym nie uzasadniony offroad nissanem sentrą przez rozżarzone skały Doliny Śmierci. Byłem umordowany, a tak naprawdę wróciliśmy dopiero do punktu wyjścia - przed nami nadal było 500 kilometrów do Fresno. No i co, miałem się poić lamentem? Znany poeta Adam Asnyk mówił, żeby tego nie robić:

Przestańmy własną pieścić się boleścią,
Przestańmy ciągłym lamentem się poić:
Kochać się w skargach jest rzeczą niewieścią,
Mężom przystoi w milczeniu się zbroić.

Zaczęliśmy szukać pozytywów. Poranny skwar spowodował, że wyruszyliśmy przed 8 rano, co sprawiało, że nawet po spuszczeniu trzech godzin w kiblu, nadal była dopiero 11. Droga do Fresno zajęła nam kolejne dziesięć godzin (z przerwami na tankowanie i jedzenie w Carl's r.). Na początku przez skały Doliny Śmierci, potem długie i proste pustynne drogi Kalifornii, kręte górskie drogi Sierra Nevada, aż wreszcie autostradą nr 5, wiodącą z Los Angeles do Sacramento i dalej, do Seatlle i Kanady. Wspaniała to była droga, urozmaicona i niepodrabialna.





Do Fresno zajechaliśmy o 21. Przypominam, że jako jedyny posiadacz prawa jazdy w naszym duecie, prowadziłem przez cały czas. Nazywanie mnie wrakiem byłoby obrazą dla zatoniętych statków, ale tak się wtedy czułem. Co zastaliśmy pod domem Steve'a? Czy klucze rzeczywiście były pod wycieraczką, a kod do wyłączania alarmu był prawidłowy? Czy ten wieczór spędziliśmy z piwem na werandzie amerykańskiej willi, czy też może los-figlarz szykował kolejne niespodzianki? O tym dowiedzie się z kolejnego mrożącego odcinka Dzienników Amerykańskich.

Dolina Śmierci -> Fresno, Kalifornia
Dzień 10
Samochód: 190 km
Razem: 12655 km

Dzień 11
Samochód: 600 km
Razem: 13255 km

Poprzednie odcinki:

2 komentarze:

Kamil Dworniczak pisze...

Dobry wpis!

Anonimowy pisze...

A to nie była przypadkiem wskazówka od temperatury płynu chłodzącego? o_O

Prześlij komentarz

Skomentuj i się podpisz.