niedziela, 30 października 2016

Dzienniki Amerykańskie (4)

Waszyngton, D.C.
Dzień drugi naszej wyprawy. Celem - stolica największego mocarstwa w historii ludzkości, bezlitosnych Stanów Zjednoczonych. Za środek transportu miał nam posłużyć autobus - jedyny raz podczas pobytu w Ameryce.

Ale po kolei, bowiem póki co obudziliśmy się w New Jersey, gdzie, jak prawilnie przypominam, nocowaliśmy u zaprzyjaźnionego emigranta Krzyśka. Ten znakomity gospodarz przed odwiezieniem do Nowego Jorku poczęstował nas świeżymi, jeszcze ciepłymi bajglami prosto z Ameryki. Może nie każdy wie - w Polsce jest to wypiek w kształcie okręgu, który się do niczego nie nadaje. W Stanach oczywiście lekko go ulepszyli, tak aby sprostał wymaganiom drapieżnego kapitalizmu. Efektem tego (jak donosi Wikipediaw Nowym Jorku bajgle są tak popularne, że wypadki przy ich krojeniu są główną przyczyną przyjęć na ostry dyżur w niedzielne poranki. Pozwolę sobie zaprezentować poniżej autorskie porównanie.


Nasz wyglądał jak ten z lewej, toteż szybko doszliśmy do siebie, jakby zupełnie niepomni trzydziestogodzinnej podróży, okraszonej dla wzmocnienia efektu sześciogodzinną różnicą czasu.

Emigrant Krzysiek akurat miał coś do załatwienia w Nowym Jorku ("muszę skoczyć do miasta"), więc podwiózł nas jeszcze samochodem - mimo haniebnych korków - na róg Trzydziestej Siódmej i Dziewiątej. Przejeżdżaliśmy oddanym w 1937 roku Tunelem Lincolna - pod rzeką Hudson - niemal dokładnie tam, gdzie 7 lat temu wodował samolot US Airways po zmieleniu silnikiem klucza gęsi. Proszę to traktować jako ciekawostkę.

W tej ogromnej aglomeracji na szczęście ulice są ponumerowane po kolei, więc wystarczyło pójść - niczym na wielkiej planszy - o trzy pola do przodu i dwa w bok, na róg Trzydziestej Czwartej i Jedenastej. Utrudnieniem były wielkie walizy, które wlekliśmy za sobą na kółeczkach piszczących pod jarzmem ciężkiego bagażu, ale nie pyskowaliśmy. Zachciało się wojaży, to teraz trzeba dźwigać krzyż.

W końcu doszliśmy na miejsce - tuż obok dworca kolejowego Penn Station. Tam znajdował się przystanek przewoźnika o nazwie Megabus, który miał nas zawieźć do amerykańskiej stolicy. Emigrant Krzysiek powiedział, że jesteśmy gamoniami, bo zamiast siedzieć w Nowym Jorku, wspaniałym mieście wielkich możliwości, i pójść np. na rozpoczynający się właśnie festiwal piwa, tłuczemy się biedabusem do jakiegoś Murzynowa. (Ciekawostką jest, że Waszyngton to jedno z nielicznych amerykańskich miast, gdzie Murzyni mają przewagę liczebną - 51% populacji).

W autobusie nic się nie działo, bo co też miało się dziać, skoro nie mieliśmy nawet whisky rozrobionej z colą. Po godzinie wydostawania się z bagna nowojorskich korków, wjechaliśmy na autostradę międzystanową 95 i w sposób żmudny przejechaliśmy ponad 350 kilometrów przez stany Nowy Jork, New Jersey, Delaware i Maryland. Za oknem nudny krajobraz - lasy, łąki, wielkie zakłady przemysłowe. Trochę obiecywaliśmy sobie po zapowiadanym krótkim postoju w Baltimore, niestety zza szyby nie ujrzeliśmy żadnej ze scen znanych z serialu The Wire. Wszystko zeszło na psy, odkąd nie żyje Stringer Bell.

Nowy Jork -> Waszyngton

Na docelowym dworcu Union Station w Waszyngtonie byliśmy późnym popołudniem. Jednym z pierwszych zjawisk, jakie tam zobaczyliśmy, była scena pucowania butów białych biznesmenów przez murzyńskie kobiety - a więc rasizm i seksizm w jednym (fotografia poniżej). Byliśmy wstrząśnięci. W oświeconej Europie to rzecz zupełnie nie do pomyślenia. Ale tutaj, w kraju trzeciego świata, to podobno smutna codzienność.
Stolica USA wciąż mentalnie tkwi w XIX wieku

Nie mieliśmy jednak zamiaru pouczać autochtonów jak żyć, więc ominęliśmy stanowisko pucybutów i skierowaliśmy się w stronę stacji metra. Miało nas ono zawieźć do hostelu, znalezionego uprzednio dzięki wi-fi  w autobusie. Nosił on (hostel, nie autobus) dumną - i jak się później okazało zasłużoną - nazwę Diplomatic Management. Przypomniała mi się tedy paradna anegdota ze studiów, że prawdziwy dyplomata jak idzie po schodach, to nikt nie wie, czy wchodzi na górę, czy schodzi na dół. Złośliwi powiadają, że taką sztukę posiadł ś.p. Bronisław Geremek. Ale z tego co wiem, potem umarł i na nic mu się to zdało.

Hostel Diplomatic Management, Waszyngton, D.C.

Jak widać na powyższym zdjęciu, budynek ten w niczym nie przypominał typowych hosteli, znanych z całego świata nieludzkich bardaków, gdzie pleni się śmieszkujące, "pozytywnie zakręcone" studenctwo (tfu). Zresztą cała okolica wyglądała podobnie - składała się z tego typu zadbanych domów połączonych w pierzeję. Minus był taki, że gniliśmy pod drzwiami dobrą godzinę, zanim pojawił się urzędujący cieć i zameldował nas w pokoju na piętrze. Okazało się, że całym interesem kierował czarnoskóry intelektualista. A przynajmniej na takiego wyglądał, bo był czarny i miał okulary.

W środku, na ścianie hallu, wisiała tabliczka poświęcona jakiemuś dżentelmenowi, który to - jak głosił tekst - własnymi rękami oraz rękami swoich synów podniósł tę budowlę z ruiny, wyremontował, wyposażył i dzisiaj proszzzz. No ja bym się na jego miejscu tak nie chwalił, że wydobyłem dom ze zgliszczy i urządziłem w nim noclegownię dla włóczących się po świecie kmiotów. Ale to wolny kraj (a nie opresyjny kaczystowski reżim), tu każdy może swoją krwawicę spuścić w dowolnym kiblu.

Zostawiliśmy bagaże i pojechaliśmy metrem do centrum, poszwendać się trochę po mieście ze szczególnym uwzględnieniem stołecznych barów. Tu spotkało nas pewne rozczarowanie, bo  w okolicy miejsc wartych zobaczenia (Biały Dom, Kapitol, Pomnik Waszyngtona, Staw przed Pomnikiem Lincolna) Waszyngton okazał się typową bezpłciową, biurokratyczną dziurą (coś jak Bruksela, tylko brzydszy), gdzie po 18.00 ruch zamiera.

W dwie godziny obeszliśmy wszystkie powyższe miejsca. Pod Białym Domem natknęliśmy się na kilka niezależnych protestów, jak nie przeciwko broni atomowej, brutalności policji i wojnie w Syrii, to za wolnym Tybetem i zjednoczeniem Korei. Wszystkie mieliśmy w dupie, podobnie zresztą jak rezydujący w budynku Barack Hussein Obama II, 44. prezydent USA.

Szanowny autor pod Białym Domem
Dwa dni później pod Białym Domem rozgorzała strzelanina, w wyniku której agent Secret Service postrzelił wariata wymachującego bronią kilkanaście metrów obok barierek widocznych na zdjęciu powyżej. Oficjalnie rozpoczęła się zatem pożoga, którą wlekliśmy za sobą niemal przez cały trzytygodniowy pobyt w Stanach. Dowiecie się o tym z kolejnych odcinków, dlatego zachęcam do ich lektury (a siebie do ich napisania).

Kolejnym punktem był Pomnik Waszyngtona - wielki biały słup będący symbolem miasta. Z bliska nie robi takiego wrażenia jak myślałem. Ot, 170-metrowy kloc, z budową którego grzebali się przez prawie 40 lat, aż w międzyczasie zdążył umrzeć architekt. Pomnik przez 5 lat zdołał się utrzymać na szczycie listy najwyższych budowli świata, w 1889 wyprzedziła go Wieża Eiffla.

Znany z wielu filmów Pomnik Waszyngtona i staw przed Pomnikiem Lincolna - nic szczególnego

Zanim skierowaliśmy się w stronę Kapitolu, postanowiliśmy usiąść i uzupełnić elektrolity. Niestety musieliśmy przejść wiele kilometrów, klucząc bocznymi ulicami, zanim znaleźliśmy zwykły, pierwszy lepszy bar - Elephant & Castle przy alei Pensylwańskiej. Nogi mieliśmy jak z kamienia, a podniebienia wyschnięte na wiór, zatem lokalne piwo smakowało wyjątkowo wyśmienicie. Ostatecznie do Kapitolu nie dotarliśmy, bo za dobrze siedziało się w cieple. Do czasu, aż nas wygonili, w końcu już 23.00 i pora umierać. Takie to właśnie nocne życie tętniące w stolicy Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Gdzie mu tam do naszej Warszawy.
Pub Elephant & Castle, tu znaleźliśmy ukojenie
Na szczęście nie po to jesteśmy dwoma Polakami, żeby poddawać się obyczajom wrogim naszym duszom. Otóż Maciej, wiedziony instynktem, przywiózł z kraju butelkę dobrej, polskiej wódki, która czekała serdecznie gdzieś na dnie walizki w hostelu. Wróciliśmy zatem z centrum do naszej noclegowni przy ulicy Trzynastej Północno-Zachodniej i zasiedliśmy przy stole w świetlicy, mieszczącej się w podziemnej części budynku. Tak nam upływał czas do środka nocy, czasem się przysiadł ktoś z lokatorów i zadał odwieczne pytanie Where are you from? A my na to zawsze zgodnie z prawdą, że z Polski, na co reakcją zwykle było pokiwanie głową i wbicie w ziemię wzroku wyrażającego tęsknotę za myślą. Wypijaliśmy wtedy zdrowie takiego ignoranta i wracaliśmy do rozmów nie pamiętam o czym, ale na pewno o czymś ważnym. Raz tylko zdziwiliśmy się, bo przysiadł się młody Murzyn, który twierdził, że przemierza Stany, bo chce poznać kraj. Spaliśmy potem w wielu hostelach, i nigdy nie natrafiliśmy na podobne indywiduum. Ci wszyscy backpackerzy czy jak ich tam zwał, byli zwykle jak od kalki: biały, chudy śmieszek z trzydniowym zarostem.

Wraz z końcem butelki, skończył się też drugi dzień wyprawy. Organizmowi i tak już było wszystko jedno, cały się rozregulował - mogłem spać lub nie, co za różnica. Po krótkim namyśle zdecydowałem się zasnąć snem sprawiedliwego i zebrać siły. Jutro jedziemy do Maryland i Pensylwanii na pola bitewne Wojny Secesyjnej - nad Antietam i przede wszystkim do Gettysburga. Proszę się nie rozłączać.

Dzień 2
Autokar: 365 km
Razem: 7431 km
Poprzednie odcinki:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Skomentuj i się podpisz.