czwartek, 4 października 2018

Dzienniki Amerykańskie (11)

Witamy w fantastycznym Las Vegas, Nevada
Późnym środowym wieczorem 25 maja odlecieliśmy Airbusem linii Frontier z Austin w Teksasie. Znowu udało się nie rozbić i po trzygodzinnym locie zjawiliśmy się na lotnisku im. Pata McCarrana w znanej miejscowości rozrywkowej Las Vegas. Dzięki dobrodziejstwu zmiany czasu zaoszczędziliśmy cenne dwie godziny. Co też przyniesie noc w Mieście Grzechu? Czy będzie jak w arcyzabawnej komedii "Kac Vegas", czy może skończy się smętnym wrzucaniem resztek żetonów w automaty? Jest szansa, że dowiecie się tego z dalszej części notatki.

Austin -> Las Vegas
Spod lotniskowego terminala w Las Vegas odebrał nas Uber. Jeśli ktoś korzystał z usług tego przewoźnika w Polsce, to przywykł już do Ukraińców kierujących Renault Clio. Tutaj zjawił się miejscowy chłystek imieniem Jeremy w czarnym, błyszczącym i skurwysyńskim Fordzie F150. Samochód był tak wielki, że dwudziestokilową walizkę włożyłem do bocznego schowka w drzwiach. Jeremy miał nie więcej niż metr sześćdziesiąt i zastanawiałem się czy nie powinien siedzieć w foteliku. Takie wielkie auto przy tak nikczemnym wzrośnie. Komizm tej sytuacji był porażający. Nie śmiałem się tylko dlatego, że bywam człowiekiem ponurym.

Kurs trwał niecały kwadrans i kosztował 12 dolarów. Wysiedliśmy pod uprzednio zarezerwowanym hotelem Flamingo. Wybraliśmy go nieprzypadkowo - to najstarszy istniejący do dziś hotel w Las Vegas, zbudowany przez samego Bugsy'ego Siegla, legendarnego nowojorskiego gangstera lat 30. i 40. XX wieku. Jak większość mu podobnych, wyrósł na handlu alkoholem w czasach Prohibicji, a potem wyszedł ze strefy komfortu i przerzucił się na hazard. Był współzałożycielem grupy zwanej Murder, Inc., zajmującej się pozbawianiem ludzi życia. A w wolnych chwilach kładł podwaliny pod potęgę Las Vegas (np. budując na środku pustyni hotel, w którym za 60 lat zatrzyma się dwóch asów z Polski B - o nich piszę tę opowieść). Powstał o nim film "Bugsy" z Warrenem Beattym w tytułowej roli. Niestety go nie widziałem, bo miał tylko 6,6 na Filmwebie, czyli słabiej nawet niż "Listy do M.". Szkoda życia na gnioty. Aha: gdyby ktoś miał wątpliwości, to Bugsy skończył podobnie jak wszystkie jego ofiary śmiertelne - został zabity.

Bugsy'ego uhonorowano barem jego imienia
Nazwa hotelu nie wzięła się znikąd - obok znajduje się zagajnik, w którym pasą się flamingi. Kiedyś były też pingwiny, ale część zdechła od gorąca, a reszta odleciała w zimie na Antarktydę i nie przetrwała drogi powrotnej.

Żartuję, czy wy jesteście jacyś nieprzytomni? Pingwiny nie latają. Przenieśli je do ZOO w Dallas. W każdym razie: pingwiny i flamingi w chodzące po dziedzińcu - to się nazywa ułańska fantazja. Viva Las Vegas, jak śpiewał Krzysztof Krawczyk (a coverował Elvis Presley). A w Polsce? Byłem jakiś czas temu w hotelu na Mazurach i ze zwierząt to mieli psa na łańcuchu.

Flamingo w momencie otwarcia w 1946 roku był uważany za najbardziej luksusowy hotel świata. Dziś to już melodia przeszłości, a i z samego oryginalnego budynku nie pozostał kamień na kamieniu. Aktualnie to wielki betonowy moloch z prawie 4000 pokoi, wszystko to pobudowano już długo po śmierci Bugsy'ego.

Hotel Flamingo w Las Vegas
Przy takiej skali działalności musiano zautomatyzować sporo procesów, stąd przez cały nasz krótki pobyt nie mieliśmy do czynienia z nikim żywym z obsługi. Zameldowaliśmy się z użyciem maszynki przypominającej te, w których wypożycza się rower miejski (tak samo też się następnego dnia wymeldowaliśmy). Takich stanowisk było kilkadziesiąt, a do każdego kilka osób w kolejce - więc minęła chwila zanim udało nam się zdobyć kartę do pokoju. Urządzenie zeskanowało mi paszport i twarz, podpisałem się palcem na ekranie. Żadnych głupich pytań, żadnych głupich odpowiedzi. Los dał nam pokój na 24. piętrze, skąd widok przedstawiał się następująco:
Widok z pokoju nr 24169
To samo, tylko w dzień
W zagajniku na dole trwała jakaś bagienna impreza z piszczącymi dziewczętami poszukującymi uwagi. Spoglądałem na to przez okno ze zgrozą, jedną ręką prasując koszulę w kratę, gdyż mi się w walizie pogniotła. Jesteśmy w światowej stolicy rozrywki, nie mógłbym pójść do kasyna w bawełnianym t-shircie jak kmiot.

Było niedługo po północy czasu pacyficznego, gdy opuściliśmy pokój, przeszliśmy ciągnącym się w nieskończoność korytarzem (na którym unosił się charakterystyczny dla hoteli zapach skarpet), zjechaliśmy 24 piętra w dół, po czym ominęliśmy pięć pijanych Amerykanek o rubensowskich kształtach. Ich wygląd i skandaliczne zachowanie zdradzały wieczór panieński, wiecie, jesteśmy szalone, mamy diademy na głowie i pijemy caipirinhę przez słomki w kształcie penisów męskich. W Las Vegas jak w Grójcu, świat to globalna wioska.

Po wyjściu z hotelu Flamingo znaleźliśmy się na mitycznym The Strip, głównym bulwarze, wokół którego toczy się życie kulturalne Las Vegas. Było go widać z daleka już w samolocie, a z patrząc z bliska można było oślepnąć od świateł. Jak czytamy na nieocenionej Wikipedii, w okolicy znajduje się 19 z 25 największych hoteli świata, a każdy z nich uznaje za swój obowiązek bycie widocznym z kosmosu. Ja to mieszkam w Warszawie, więc przywykłem do światowego sznytu i bizantyjskiego przepychu, ale niejednemu nieokrzesanemu burakowi zakręciłoby się w głowie od tych iluminacji.

Z nieznanych powodów poszliśmy Bulwarem Lasvegańskim na północ, gdzie z każdym krokiem okolica pustoszała. W sensie dosłownym, wszak wokół miasta rozciąga się pustynia Mojave o powierzchni większej niż Czechosłowacja. Gdy usłyszeliśmy pierwszy skowyt kojota, a w poprzek drogi przetoczyła się kupa siana (zwana tutaj Tumbleweed), odwróciliśmy się na pięcie, zjedliśmy burgera w jakiejś budzie i skierowaliśmy się na południe. Krupier nie będzie wszak czekał do rana, by pójść przez nas z torbami.
Przykładowy tumbleweed
Po drodze podziwialiśmy rozmach i wyobraźnię miejscowych inwestorów. Czegom ja tam nie widział. Operetkowe repliki Nowego Jorku, Wieży Eiffla, Koloseum. Jak się dobrze przyjrzałem i dodałem jeden do jednego, dostrzegłem kopię placu Rybnego w rodzinnym Lublinie. Ma się wrażenie, że każdy mokry sen architekta jest realizowany przez budowniczych bez wdawania się w szczegóły - i wszyscy wokół są zachwyceni. W Warszawie trwa dyskusja czy odbudowywać Pałac Saski, a jeśli tak, to w jakiej formie. Gdyby to było Las Vegas, na placu Piłsudskiego stanąłby np. wieżowiec w kształcie Krzysztofa Cugowskiego w słowiańskim przykucu.

Właśnie, Las Vegas to przede wszystkim ludzie. Samego Elvisa mijaliśmy kilkukrotnie pod różnymi postaciami - pomnika, malowidła ściennego, zataczającego się na chodniku bełkoczącego grubasa w białym garniturze. Gdzieś mignęła Violetta Villas, ale to chyba jakaś pomyłka, przecież ona nie żyje. W co drugim hotelu zapomniane lub martwe gwiazdy odcinają kupony od minionej sławy. Toni Braxton Show, Frank Sinatra Live at Night, Kabaret Koń Polski, Beatlesi nareszcie zgodni i w komplecie, o pozostałych nawet nie wspomnę, bo do dziś się zastanawiam kim byli ci ludzie.

Można by tak długo. Lasery, neony, muzyka ze wszystkich stron, hordy turystów, uliczni handlarze środków odurzających  - natłok bodźców przytłaczał, a byliśmy od kilkunastu godzin na nogach. Nadszedł najwyższy czas, aby ukoić nerwy, usiąść przy stole z zielonym suknem i się odkuć. 10 dni w Stanach Zjednoczonych nadszarpnęło nasze budżety w sposób dotkliwy.

Las Vegas nocą
Weszliśmy do pierwszego lepszego dużego kasyna - padło na The Palazzo. Zacząłem od zamówienia czegoś do picia. Niestety nie sprzedawali wódki na szklanki, nie było też chleba ze smalcem. To jest pałac, a nie mordownia w Rembertowie - powiedziałaby barmanka, gdyby chciała zażartować ostro. Zadowoliłem się bourbonem i poszedłem się rozejrzeć. W filmowych scenach w kasynie zawsze jest jeden stół, przy którym kluczowi dżentelmeni w smokingach grają grubo i bez mrugnięcia okiem stawiają samochody, domy, kobiety, przegrywają i odchodzą niewzruszeni, strzepując popiół na chodnik. Szukałem chociaż namiastki tego zjawiska, ale trafiłem jedynie na grubego Azjatę w hawajskiej koszuli, który mimo pięćdziesiątki na karku rubasznie adorował krupierkę, co ta maskowała starannym uśmiechem. Ograła go niemiłosiernie w bakarat. Tak naprawdę nie wiem w co grali, ale chciałem się popisać znajomością życia w jaskiniach hazardu.

- Azja to największy kontynent świata - powiedziałem do nikogo, po czym poszedłem sprawdzić jaki jest status przy ruletce. Kulka kręciła się jak przysłowiowe gówno w betoniarce, a ja obstawiłem wyniki w głowie. Oczywiście z rachunków wyszło, że gdybym stawiał, byłbym na grubym minusie. Głupie to, skonstatowałem i przeniosłem się na pokera. Grali na jakieś niezrozumiałe zasady, a nie miałem wifi żeby sprawdzić o co chodzi. Wtem dostrzegłem kątem oka Macieja siedzącego przy blackjacku. Nawet nie zauważyłem, że zniknął. Nie zauważyłem też, że siedzimy tu już dwie godziny - znana kasynowa sztuczka z brakiem okien i zegarów robi z mózgu galaretę.

Maciej otłukiwał krupierkę w blackjacka - zebrał już kilkukrotność tego, co włożył. Ale włożył niewiele (bo ja wiem, ze 20 dolarów?), więc jaki był sens wypłacać te drobne i iść spać? Żaden.
- W blackjacku kasyno ma stosunkowo najmniejszą przewagę nad graczem - wydał opinię unosząc przy tym palec wskazujący do góry, więc nie było sensu się spierać. Podjąłem decyzję, że i ja spróbuję - zasady są proste jak budowa cepa. Po 15 minutach z zainwestowanych 20 dolarów zrobiłem prawie 100, ale znowuż powstało pytanie: co z tego. To kropla w morzu potrzeb, a nie po to jestem w Las Vegas, żeby pograć kwadrans i wrócić do pokoju ze zwitkiem zaskórniaków. Uznałem, że jak dobiję do 1000 dolarów, to wypłacam i idę na kręgle.

Do niczego takiego nie doszło. Po dwugodzinnej młócce byłem 100 dolarów na minusie, choć im więcej przegrywałem, tym częściej kelnerka przynosiła kolejne darmowe drinki, czym pomniejszała moją stratę. Maciej zbankrutował już jakiś czas temu i około 6 rano wyszliśmy na zewnątrz zapalić zasłużonego papierosa. Ze zdumieniem odkryliśmy, że jest zupełnie jasno, co zresztą widać na poniższej fotografii.

Szanowny autor przed hotelem Flamingo o poranku. Las Vegas, Nevada
Na dobitkę kupiliśmy po piwie i skierowaliśmy się naszego hotelu, gdzie przez kolejną godzinę smętnie wrzucaliśmy resztki żetonów w jednorękich bandytów. Za towarzystwo mieliśmy głównie amerykańskie emerytki, które nie mogły spać i od bladego świtu rujnowały się w beznadziejnej walce z maszynami do gry. O 7 rano ledwo widzieliśmy na oczy i uznaliśmy za stosowne odespać chociaż te 4 godziny do 11:00, zanim nas wyrzucą. Z tego wszystkiego nie wspomniałem chyba, że w Vegas mieliśmy zaplanowany tylko jeden wieczór. Zachód Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej wzywał nas do drogi.

Nastawiliśmy budziki na 10.30, ale nie było szans żeby wstać o tej porze. Wagon gruzu, który przyjęliśmy w ostatnich dniach zgniótł nas doszczętnie. Ostatecznie zwlekliśmy się po południu, choć hotel odgrażał się, że będzie ściągał kary za takie zachowanie. Było to czcze gadanie, wymeldowaliśmy się jak gdyby nigdy nic. Trzeba było spać do wieczora, w tym molochu by nas nie znaleźli.

Walizki zostawiliśmy w hotelowej kanciapie i poszliśmy na śniadanie do Starbucksa. Z nieba lał się niewyobrażalny żar, było coś pod 40 stopni, wilgotność na szczęście zerowa. Pochodziliśmy trochę po okolicy - w słynnym Bellagio mieli jakąś absurdalną wystawę, mającą wprawić odbiorcę w poczucie, że znajduje się pod wodą. Z sufitu zwisały styropianowe meduzy, plastikowe ryby, wokół rozłożony ukwiały z dykty. Mimo takich starań nie nabraliśmy się i oddychaliśmy powietrzem jak ludzie.

To nie są prawdziwe owoce morza. To inscenizacja
W dzień nie byliśmy w nastroju na kasyno, poza tym o 16:00 mieliśmy odebrać ostatni już w czasie naszego road tripu samochód. Dobiegał końca krótki pobyt w Las Vegas, mieście niepodobnym do niczego, co normalny człowiek widywał w życiu (Łomianki, Lwów, Hurghada). Można się tam poczuć jak w pijanym śnie wariata, choć jak ktoś nie jest fanatykiem hazardu, to jeden dzień mu wystarczy. Pewnie gdzieś tam kilka metrów od nas toczyły się niezapomniane imprezy, ale z niejasnych przyczyn nikt nas na nie nie zaprosił i musieliśmy się zadowolić układaniem rzędu trzech cytryn na jednorękim bandycie. Późnym popołudniem odebraliśmy bagaże i autobusem dostaliśmy się do wypożyczalni samochodów Dollar, gdzie miał czekać na nas kolejny krążownik szos. Kolejny cel: Dolina Śmierci.

Paryż? Nic bardziej mylnego. Nadal Las Vegas

Po prawej Flamingo, po lewej Pałac Cezara

Szanowny autor na tarasie hotelu Bellagio. Plus jakaś wstrętna turystka

Bulwar Las Vegas
Zapewne większość z was zastanawia się czy Las Vegas znalazło się na tzw. Liście Pożogi. Nieuważnym odbiorcom pragnę przypomnieć, że funkcjonuje teoria, w myśl której miejsca odwiedzone przez nas w czasie podróży do Ameryki dotykane są później rozmaitymi katastrofami. Jedni twierdzą, że to nasza wina, inni stoją na stanowisku, że mamy do czynienia z dziełem przypadku. Nie mnie to oceniać, ale z kronikarskiego obowiązku wymieńmy:
  • Strzelaninę pod Białym Domem w Waszyngtonie (2 dni po naszej wizycie),
  • Zabójstwo nowoorleańskiego koszykarza występującego w NBA (dzień po naszej wizycie),
  • "Powódź stulecia" w Luizjanie (3 miesiące po naszej wizycie),
  • Huragan Harvey pustoszący Galveston (3 miesiące po naszej wizycie)
  • Szaleńca strzelającego do ludzi w biały dzień na ulicach Austin (5 ofiar 2 miesiące po naszej wizycie)
W Las Vegas również doszło do ekscesu - niestety najtragiczniejszego z dotychczasowych. Niespełna półtora roku po tym, gdy wesoło spacerowaliśmy słynnym bulwarem The Strip, niejaki Stephen Paddock wyjął z pawlacza 23 sztuki broni (głównie karabiny), zameldował się na 32. piętrze hotelu Mandalay Bay Resort i zaczął ładować z okna seriami w uczestników festiwalu muzyki country. 59 osób pożegnało się z życiem, a 851 odniosło mniejsze lub większe rany. Była to najkrwawsza masakra z użyciem broni w historii Stanów Zjednoczonych. Nie jest to ten typ amerykańskiego rozmachu, który należałoby podziwiać. I proszę tu bez żartów z country. Wszyscy mamy niezbywalne prawo do życia. Tym miłym akcentem kończymy na dziś. Do zobaczenia wkrótce.

1 komentarz:

Kamil Dworniczak pisze...

Dobry wpis.

Prześlij komentarz

Skomentuj i się podpisz.