czwartek, 16 lutego 2017

Dzienniki Amerykańskie (7)

Dzielnica Francuska w Nowym Orleanie
Dobiegła końca część historyczna naszej wyprawy. Jeżdżenie po polach bitewnych i muzeach miało ustąpić zwykłej, niewyszukanej rozrywce. W sobotni poranek 21 maja opuściliśmy hotel Wyndham Garden w Manassas i skierowaliśmy się w stronę waszyngtońskiego lotniska im. Johna Fostera Dullesa. Kolejny cel: Nowy Orlean w stanie Luizjana, znany pod akronimem NOLA.

Miejsce naszego noclegu na wschodzie - Manassas - nie było do końca przypadkowe. Poza tym, że mieliśmy z niego blisko na lotnisko (a lubimy wstać i mieć blisko na lotnisko), nieopodal znajdowało się ostatnie pole bitwy na naszym secesyjnym szlaku. A nawet dwóch bitew, bo w odstępie roku (1861-1862) wybuchły tu dwie karczemne awantury. Obie wygrała strona konfederacka, czyli w dzisiejszej narracji ta zła, toteż obecnie w tym miejscu stoi jedynie skromna, smutna budka. Zajechaliśmy tam na chwilę dla zasady, ale z uwagi na brak atrakcji i siąpiący deszcz, oddaliliśmy się czym prędzej w kierunku portu lotniczego.

Ze smutkiem oddałem kluczyki do Jeepa. Uważam, że dobrze nam służył ten potwór. Jazda nim była o tyle przyjemniejsza, że dostaliśmy go przypadkiem (Dodge się skończyły) - ale o tym wie każdy, kto przeczytał odcinek 5. Na lotniskowym parkingu spytali tylko czy zatankowany do pełna, ale nawet nie weryfikowali tej informacji. Zapakowali nas w zrujnowanego busa pamiętającego prezydenturę Jimmy'ego Cartera i podwieźli pod terminal.

Lotnisko wyglądało wyjątkowo posępnie - wielki betonowy moloch, świecący w środku pustkami, a jeszcze za szybą siekł deszcz. Uznaliśmy więc, że w oczekiwaniu na lot wstąpimy do baru. W Polsce nie ma barów na lotniskach, a w Stanach są - i wystarczy spojrzeć gdzie dzięki temu są dziś Stany, a gdzie Polska.

Piwo na lotnisku w stolicy USA kosztuje 10 dolarów
O 11:35 odlecieliśmy Boeingiem 757-200 linii Delta Airlines do Atlanty. O liniach Delta Airlines większość ludzi pewnie nawet nie słyszała, choć jeszcze trzy lata temu były to największe linie na świecie. Nie martwcie się, jestem tutaj też po to, by poszerzyć wasze horyzonty, sprzedając takie znakomite ciekawostki. W 2014 roku Delta przewiozła 129 mln pasażerów, dla porównania LOT - 6 mln, a największa w Europie Lufthansa - marne 105 mln.

Po dwóch godzinach byliśmy w Atlancie. Tamtejsze lotnisko imienia niegdysiejszych burmistrzów Hartsfielda i Jacksona jest oczywiście największe na świecie (mówię "oczywiście", bo zdążyliśmy się już zorientować, że Amerykanie nie uznają półśrodków). Dla porównania: w liczbie obsłużonych pasażerów Atlanta ma się do Okęcia jak 10:1. Mimo to ogóle nie dało się odczuć tego faktu. Wszystko chodziło jak w szwajcarskim zegarku i bez przygód znaleźliśmy się w samolocie do Nowego Orleanu.

Waszyngton -> Atlanta -> Nowy Orlean (Google Maps nie umie narysować z przesiadką)
Jeszcze w powietrzu, między Georgią a Alabamą, bezkarnie zmieniono nam strefę czasową ze wschodniej na centralną - różnica z Polską urosła do 7 godzin. Tuż po 15:00 wylądowaliśmy w Nowym Orleanie na lotnisku imienia Louisa Armstronga, znanego muzyka, wirtuoza trąbki, który pochodził z tych stron. Oto dowód, że się nie rozbiliśmy i wciąż żyjemy:


Po wyjściu na zewnątrz doznaliśmy szoku termicznego i tylko ostatkiem sił powstrzymaliśmy się przed atakiem drgawek i toczeniem piany z ust. Rano w Waszyngtonie było z 16 stopni i marznąca mżawka, więc na sobie mieliśmy bluzy i kurtki. Tu, na południu, słońce nie miało żadnej litości i w 34 stopniach skwierczeliśmy jak podsmażana na patelni cebula. W lotniskowym kiblu przebraliśmy się zatem w letni outfit i poszliśmy na przystanek. Na autobus czekaliśmy z 20 minut i to wystarczyło, by przemienić się w dwóch zlanych potem, cuchnących ogrów.

Za kierownicą autobusu linii E-2 siedziała gruba Murzynka, gadająca cały czas do siebie i do pasażerów rozlazłym, południowym akcentem. Nawet nie musieliśmy udawać, że jej nie rozumiemy. Swoją drogą to co na pierwszy rzut oka odróżniało szarych przechodniów z Południa od szarych przechodniów ze Wschodu, to legendarna amerykańska otyłość. W Nowym Jorku, New Jersey czy Waszyngtonie odsetek grubasów (o przepraszam, osób o dużych kościach) był w normie, nie było z czego robić zagadnienia. Za to na Południu widzieliśmy monstra, które poruszały się wbrew prawom fizyki. A i milcząca większość zwykłych obywateli ważyła na oko średnio ze dwa razy tyle co ja. Dobrze, że w XXI wieku nie wolno oceniać ludzi po wyglądzie, bo dla nowoorleańczyków byłaby to ocena miażdżąca.

Zza okien autobusu podziwialiśmy przedmieścia mitycznego Nowego Orleanu, światowej stolicy jazzu, zwanej też Big Easy. Okolica wyglądała jak lej po bombie. Spustoszenia dokonane przez złowrogi huragan Katrina przed 11 laty ciągle były widoczne. Dla tych, którzy urodzili się wczoraj, przypominam, że w 2005 roku nad Atlantykiem zerwał się wiatr o prędkości 280 km/h, co wywołało falę powodziową, która przerwała wały w 50 miejscach. 80% powierzchni Nowego Orleanu zostało zatopione, straty wyniosły 108 miliardów dolarów, a liczba ludności miasta spadła prawie o połowę (z 500 tys. do niecałych 300 tys., teraz po kilkunastu latach od dramatu odbudowała się do 400 tys.). No generalnie - nie polecam.

Zza autobusowej szyby oglądaliśmy więc zrujnowane, opuszczone domy, chodniki w stanie degrengolady, wraki samochodów, bezdomnych pchających sklepowe wózki ze swoimi gratami - panowało wrażenie ogólnego bardaku. Tak jak kilkaset lat temu nikt nie spodziewał się hiszpańskiej inkwizycji, tak w 2016 roku Maciej i ja byliśmy zaskoczeni, że taka światowa potęga jak USA toleruje tego typu bezhołowie.

Komis samochodowy Dixieland lata świetności ma już jak widać za sobą
Na szczęście im dalej w las, tym było lepiej - centrum miasta podniosło się z ostatecznego upadku. Wysiedliśmy przy alei Paula Tulane. Do zarezerwowanego uprzednio hostelu mieliśmy z 5 przecznic do przejścia. Ciągnęliśmy za sobą 25-kilowe walizy, a słońce nadal nie miało zmiłowania. Co więcej, trwał akurat jakiś remont i służby miejskie porozrzucały na chodniku betonowe kloce, deski z wystającymi gwoździami, kupy żwiru. Ale nie czas było pieścić się boleścią, w końcu jesteśmy w NOLA, mieście-imprezie, jakiś facet w samolocie zapowiedział nam z ordynarnym uśmieszkiem, że You'll enjoy it. Dotarliśmy do hostelu Site 61, uwiecznionego przeze mnie na poniższych fotografiach.

Hostel Site 61 w Nowym Orleanie
Wnętrze hostelu Site 61
W takim to oto sympatycznym budynku, typowym dla południa Stanów Zjednoczonych, mieliśmy przetrwać dwie noce. W środku panował uspokajający półmrok, dodatkowo wsparty odpaloną na maksimum klimatyzacją i standardowym sufitowym śmigłem mielącym powietrze. Pokój był sześcioosobowy, aktualnie dogorywało w nim dwóch niezidentyfikowanych obywateli, śpiąc w zupełnych ciemnościach. Uznaliśmy, że skoro w sobotę o 17 ludzie zdychają po wczorajszym, to musi to być wspaniałe miasto.

Po szybkim ogarnięciu się opuściliśmy ten przybytek i poszliśmy w stronę biegnącej niedaleko Canal Street, głównej ulicy Nowego Orleanu. Jeżdżą tam zabytkowe tramwaje (a właściwie współczesne repliki stylizowane na lata 20.) - i jednym z nich planowaliśmy podjechać do centrum rozrywkowego, legendarnej Dzielnicy Francuskiej (Amerykanie mówią French Quarter, bo nie znają polskiego).

Skąd jakaś Dzielnica Francuska na południu Stanów Zjednoczonych? Ano stąd, że te bagniste tereny w rejonie ujścia Missisipi Hiszpanie mieli generalnie w dupie - nie znaleźli tu mitycznego El Dorado i żeby nie umrzeć z nudów i nędzy, zajęli się eksterminacją ludów zamieszkujących dzisiejszy Meksyk. W XVII wieku pojawili się więc chytrzy Francuzi, "prawem odkrywcy" zajęli sobie całe dorzecze Missisipi i na cześć Ludwika XIV nazwali je Luizjaną. W 1718 założyli miasto Nowy Orlean (to bardzo oryginalna nazwa, brawo Francja) i teraz chyba jest dla Czytelnika jasne, dlaczego powstała Dzielnica Francuska, a nie np. Żydowska. Koniec tej historii był taki, że w 1803 znany watażka Napoleon Bonaparte (cesarzem jeszcze nie był) sprzedał Luizjanę Amerykanom za 15 mln dolarów - co jest do dziś największą transakcją nieruchomościami w historii (mówimy o terenie o powierzchni 2 mln kilometrów kwadratowych). Sprawił sobie za to prawie podbój Europy.

Ale wróćmy do sprawy zabytkowych tramwajów.

Canal Street, Nowy Orlean, Luizjana

Nowoorleański tramwaj wyprodukowany po roku 2000, ale stylizowany na lata 20. XX wieku
Wlokły się one tak potwornie, że gwałciło to zasady dobrego smaku takich wyrafinowanych podróżników jak my. Stoimy na przystanku i widzimy na niedalekim horyzoncie charakterystyczny czerwony front pojazdu. Czekamy cierpliwie. Po jakiejś wieczności tramwaj w końcu zjawia się koło nas, ale jest całkowicie wypełniony i jedzie dalej, nie zatrzymując się. "Co to za obyczaje?" - pomstowaliśmy, kurwiąc plugawo na czym świat stoi. Zdaje się, że doszło nawet do wygrażania pięścią oddalającemu się motorniczemu. Odpowiedział nam szum trawy na torowisku.

Poszliśmy zatem piechotą, licząc, że po drodze wsiądziemy w następny tramwaj jadący w stronę centrum. Ten jednak nigdy nie nadjechał i skończyło się na tym, że cały czterokilometrowy odcinek wzdłuż Canal Street przemierzyliśmy z przysłowiowego buta. Skręciliśmy w lewo w pierwszą ulicę należącą do Dzielnicy Francuskiej, Burgundy Street. Dość nam już było tego łażenia i przez aklamację podjęliśmy decyzję o zakotwiczeniu w pierwszym napotkanym, sensownym barze.

Okazał się nim lokal o bezpłciowej nazwie RF's na rogu ulic Bienville'a i Dauphine. Miał wszystko, czego w tamtym momencie potrzebowaliśmy: zimne piwo i Murzyna grającego w kącie na pianinie na zmianę z gitarą. Barmanka nalała nam po pincie lokalnego lagera Hopitoulas i od tego momentu liczymy dwudniowy pijacki ciąg nowoorleański, podczas którego odwiedziliśmy pewnie ze 40 barów. Próbowałem to potem policzyć, lecz starania te spełzły o dziwo na niczym.

Szanowny autor w sercu Dzielnicy Francuskiej w Nowym Orleanie

Róg ulic Toulouse i Dauphine, o którym śpiewał kiedyś Mark Knopfler
Tu po huraganie Katrina nie widać śladów
Główną ulicą French Quarter jest Bourbon Street, co uważam za doskonały pomysł i w najbliższej edycji budżetu partycypacyjnego w Warszawie można by zgłosić ideę zmiany nazw ulic uchodzących za imprezowe na bardziej adekwatne. Zamiast np. Mazowieckiej, Kredytowej, Foksal i Żurawiej - ulica Wódy, aleja Ginu, skwer Whisky i bulwar Denaturatu.

Ale dość tej karuzeli śmiechu, bo was brzuchy rozbolą. Jesteśmy w Nowym Orleanie, chodzimy po Bourbon Street i coraz bardziej podniesionymi głosami rozmawiamy z Maciejem o tym, co widzimy. Wokół tysiące januszowatych turystów z aparatami, grupy młodzieńców, którzy pierwszy raz zerwali się z łańcucha i choć ledwo się ściemniło, to im już dymi z rumianych uszu, hordy pijanych dziewcząt, swawolących z piskiem i bezzębnych dziadów zaczepiających uliczne prostytutki. Szaleństwo. Jako jedyni normalni, spoglądamy na te bachanalia z arktycznym chłodem na twarzach.

Bourbon Street, główna ulica Dzielnicy Francuskiej
Wielce czcigodny autor na skrzyżowaniu ulic Bourbona i Świętego Piotra

Pub z balkonem gdzieś na Bourbon Street

Restauracja Cornet na Bourbon Street
Chcieliśmy maksymalnie skorzystać z bogactwa i różnorodności Nowego Orleanu, zatem puby zmienialiśmy co jedno piwo. Wyjątkiem były lokale z dostępem do wyższego piętra i balkonu, tam często zostawaliśmy dłużej, bo z góry rozciągał się dogodny widok na ulicę i można było precyzyjniej szkalować przechodniów. Zawsze przy drzwiach wyjściowych na balkon stał wielki ochroniarz i rozdawał plastikowe kubki - ze szkłem nie można było wychodzić, żeby co 5 minut nie dochodziło do tragedii typu że ktoś dostał butelką w łeb. W Polsce ktoś by pomyślał o takim rozwiązaniu gdzieś po piętnastym trupie ze szkłem wbitym w potylicę.

Co bardzo ciekawe, mimo dziesiątek tysięcy ludzi przelewających się ulicami Dzielnicy Francuskiej, z których większość była przynajmniej pijana, nie widzieliśmy ani jednej burdy. Policji - może ze dwa piesze patrole i jeden konny. Nikt nas nie zaczepiał, nikt nie chciał okraść, nawet przez moment nie pachniało widmem wpierdolu. Dla porównania niedawno umówiłem się w Warszawie na wódkę i już w autobusie ktoś komuś chciał dać po mordzie. Tu, w Nowym Orleanie, zajmującym 4. miejsce w Stanach pod względem liczby morderstw na 100 tys. mieszkańców (po St. Louis, Baltimore i Detroit), panował zupełny spokój. Tak aby złapać skalę: w Warszawie dochodzi rocznie do 2 morderstw na 100 tys. mieszkańców, a w Nowym Orleanie do 42. Światowym liderem pozostaje stolica socjalistycznego raju - Caracas w Wenezueli ze współczynnikiem 120.

My z Maciejem jesteśmy w czepkach urodzeni i jakoś przeżyliśmy. Niestety, jak już wspominałem parokrotnie w poprzednich odcinkach, ciągnęła się za nami po Stanach pożoga. Dotarła ona i do Nowego Orleanu. Oto niejaki Bryce Dejean-Jones, koszykarz miejscowego klubu NBA New Orleans Pelicans, pomylił pokoje hotelowe i zamiast do dziewczyny, próbował dostać się do apartamentu jakiegoś rednecka. Rozsierdzony walił w drzwi w amoku, a że rzecz działa się w Teksasie, to dostał od lokatora kulę w brzuch i umarł nie dożywając lat 24. Cały koszykarski świat pogrążył się w nieutulonym żalu. Nieporozumienia bywają czasami tragiczne w skutkach, dlatego apeluję do Czytelników o rozwagę. Prośba o nienapierdalanie w nieswoje drzwi, bo to nie są żarty.

Ktoś złośliwy spytałby: "byliście w światowej stolicy jazzu i zamiast posłuchać lokalnych wirtuozów, łaziliście po barach i śmieszkowaliście z Amerykanów? Jesteście żenujący". To prawda, dzisiejszy wieczór nie był zbyt wyrafinowany pod względem kulturalnym, ale jutro miało się to zmienić. Zostajemy w Nowym Orleanie do poniedziałku, zatem nie ma powodów do paniki. O tym będzie w kolejnym odcinku - ten już i tak jest zbyt długi, a jeszcze bym wrzucił parę filmików, tylko muszę je zmontować. Nie widzę żadnego powodu, dla którego mielibyście rezygnować z dalszej lektury tej pasjonującej serii wpisów.
W końcu się udało złapać, wydawałoby się nieuchwytny, tramwaj
W środku nocy podjechaliśmy tramwajem wzdłuż Canal Street, a do hostelu przemknęliśmy się cichcem przez kilka przecznic. W kolonialnych willach było ciemno i cicho, ale pewnie w niejednej z nich czaił się złowrogi wzrok miejscowych okrutników. Po kilkunastu piwach człowiek jest jednak nieśmiertelny i nie zna lęku. Dotarliśmy do celu i padliśmy nieprzytomni. Pierwszy raz odkąd jesteśmy w Ameryce nic nas nie goniło i mogliśmy się wyspać jak ludzie. Rano przywitała nas bardzo niemiła niespodzianka.

Dzień 5
Samochód: 33 km
Samolot: 1544 km
Autobus: 21 km

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

a wizyta w domu wschodzącego słońca była?

Ewa pisze...

Według mnie aktualnie naważniejsza w motoryzacji jest ekonomiczność danego pojazdu. Producenci prześcigają się w nowinkach technologicznych często zapominająć o redukcji spalania auta, a potem celowo fałszują wyniki spalania. Przykładem dość głośnym był w ostatnich latach Volkswagen. Pozdrawiam serdecznie :-)

Anonimowy pisze...

Czyżby pożoga Was dosięgnęła? Czemu cykl nie ma kontynuacji?

Prześlij komentarz

Skomentuj i się podpisz.