niedziela, 4 września 2016

Dzienniki Amerykańskie (3)

Lot do Londynu, gdzie mieliśmy mieć przesiadkę do Stanów, trwał tylko 3 godziny. Prawie nic z niego nie pamiętam. Pogrążony byłem bowiem w malignie wywołanej nieprzespaną nocą, stresem że wyprawa życia skończy się zanim się tak naprawdę zaczęła, oraz oczywiście darmową whisky, serwowaną suto przez sympatycznego angielskiego stewarda w starym stylu. 

Jak przystało na człowieka, który wiedzę o świecie czerpie z filmów i memów w internecie, po wylądowaniu na Heathrow spodziewałem się ujrzeć głównie flegmatycznych gentlemanów w binoklach. Tymczasem miażdżąca większość personelu lotniska i podróżnych miała na głowie turbany. Ja rozumiem - kilku, kilkunastu Pakistańczyków, ale 90% obsługi? To zderzenie z postępującymi w Zjednoczonym Królestwie zmianami społecznymi było tym silniejsze, że pochodzę z Lublina - serca europejskiego ciemnogrodu, gdzie wciąż obowiązuje złowroga epoka mrocznego średniowiecza. Podejrzewam, że większość lokalnej lubelskiej ciemnoty nawet nie wie o istnieniu Ameryki, a tymczasem ja się do niej właśnie paradoksalnie udaję. No, ale do Ameryki jeszcze daleko, póki co nie mogłem wyjść ze zdumienia nad skalą zmian społecznych postępujących w Zjednoczonym Królestwie.

Jako że zawsze jestem pełen najgorszych przeczuć, od momentu startu z Berlina zakładałem, że z pewnością nie zdążymy na samolot do Nowego Jorku. Na przesiadkę mieliśmy niecałą godzinę, więc bez wątpienia nasze bagaże polecą, a my zgnijemy na tym do niedawna największym międzynarodowym lotnisku na świecie (dopiero 2 lata temu wyprzedził je Dubaj; Europa po raz kolejny pochyliła się ku upadkowi), jedząc rybę z frytkami i szukając nowego lotu przez Atlantyk, na który może miejsca będą dziś, a może pojutrze. W tym czasie nieodebrane torby za Wielką Wodą będą się godzinami smutno kręcić na taśmociągu, aż w końcu ktoś je wywiezie na poligon i wysadzi w powietrze, bo Czort wie, może bomba. A szkoda, bo spakowałem fajny t-shirt, który kupiłem sobie na wyjazd. Miał ukrywać piwny brzuch, tymczasem zostaną z niego posępne strzępy.

Mimo wszystko starałem się szukać pozytywów (bo takie podejście do życia jest obecnie najpopularniejsze), np. że nie lecąc do Stanów będę mógł więcej czasu poświęcić psu i połazić z nim po Żoliborzu, albo że w pracy się ucieszą. Wszystkie te snute naprędce czarne scenariusze były jednak bez sensu, bo zdążyliśmy. 

Przytulne wnętrze popularnego Jumbo Jeta
Przed nami ostatnia część podróży, 7,5-godzinna walka o niespadnięcie do oceanu. Na pokładzie zapowiedzieliśmy stewardowi, że bez sensu żeby chodził 10 razy i przynosił nam po 50 ml whisky - niech da od razu pełną garść tych małych plastikowych buteleczek. Ale nie, on nie może, on nie ufa Polakom, będzie nosił pojedynczo. Trudno - taki jego krzyż. Ja miałem pecha, bo koło mnie siedziała bardzo gruba Angielka, poruszająca się skrajnie niezdarnie. Byłem wprost przekonany, że prędzej czy później wywali na mnie żarcie albo rozleje picie, więc pogodzony z życiem nawet się tym nie przejmowałem. To tylko spodnie.

Sączyłem kulturalnie whisky, oglądając w telewizorku beznadziejny film o Steve'ie Jobsie i odliczając minuty do rozbicia się o taflę Atlantyku. Od czasu do czasu przysypiałem, ale w końcu gruba Angielka zalała mi spodnie Spritem i resztę podróży mimowolnie spędziłem w trybie czuwania. Mokra nogawka zmarzła mi od klimatyzacji i zmuszony byłem przykryć się kocem. To tylko spodnie, myślałem, żałując jednocześnie że nie mam przy sobie choć wiaderka gaszonego wapna. Z drugiej strony gdzie bym tę Angielkę zakopał, przecież to samolot.

Ten incydent był mało istotny wobec dwóch innych, które wielu pasażerom zrujnowały lot. Najpierw jakaś dziewczyna dostała ataku epilepsji gdzieś w połowie drogi. Było wszystko - piana z ust, drgawki, błędny wzrok, majaczenie. Wrzaski ludzi "czy jest na pokładzie lekarz?", przerażony wzrok sympatycznych, acz brzydkich jak Służew w listopadowym deszczu Brytyjek po pięćdziesątce, które wyglądały, jakby ich najbardziej traumatycznym z dotychczasowych przeżyć było rozlanie popołudniowej herbaty. Na szczęście załoga zachowała zimną krew i wyprowadziła półprzytomną dziewczynę za taką specjalną kurtynkę, gdzie spędziła resztę drogi. Maciej wtedy spał, a ja chciałem pomóc, bo kiedyś byłem lekarzem (było to w roku 1979), ale miałem mokre od Sprite'a spodnie i się wstydziłem. Więc udawałem, że śpię.

Drugi incydent był o wiele gorszy, bowiem wywołało go pakistańskie dziecko. Przez bite dwie godziny na przemian wrzeszczało, ryczało i piszczało, doprowadzając ludzi wokół do szewskiej pasji. Pasażerowie na początku okazali wiele wyrozumiałości, bo przecież każdy albo miał kiedyś dziecko, albo przynajmniej był świadkiem podobnych scen, nie ma co podnosić rabanu. Niestety gówniak nie dawał za wygraną, nie reagując na prośby, groźby, próby przekupstwa słodyczami przez stewardessy. Po prostu nie i chuj, tak będę wierzgał i darł ryja, i co mi zrobicie. Towarzyszyła mu kilkunastoosobowa pakistańska rodzina, która ewidentnie nie wiedziała co począć.

W domowym zaciszu może by go złoili kablem od prodiża albo napoili mlekiem z rumem czy co tam się teraz dzieciom podaje na uspokojenie. Ale tu samolot do Ameryki, wielki świat, nie wiadomo co uchodzi, a co nie. Postanowili więc na wszelki wypadek nie robić nic, licząc, że bachor się zmęczy i sam zatka dziób. Oczywiście dzieci to najgorsi atencjusze, zatem nic takiego nie nastąpiło. Na pokładzie Boeinga 747-400 trwała dwugodzinna gehenna. Inni podróżujący próbowali coś tam cmokać, kręcić głową z politowaniem i marszczyć brwi, ale równie dobrze mogliby demokratycznie uchwalić rezolucję potępiającą tego typu inby na pokładzie, efekt byłby ten sam, czyli żaden. Ja założyłem słuchawki i puściłem sobie Dire Straits, co jakiś czas patrząc na wkurwionych ludzi z typowo polską Schadenfreude w oczach.

Ląd widać
Wreszcie czas było lądować, nawet dzieciak zamilkł. Jak wiadomo, fizycznie dostanie się do Ameryki to tylko połowa sukcesu. Cała wyprawa nadal mogła skończyć się haniebną kompromitacją. Wystarczy że urzędnik celny krzywo spojrzy i w paszport wbije odmowę wjazdu, a wtedy na nic wiza za 160 dolarów, na nic bilet w tę i z powrotem, na nic tłuczenie się pociągiem do Niemiec, koczowanie pół doby na lotnisku Tegel, lot do Londynu, walka o życie nad Atlantykiem. Wszystko to psu na budę, bo nieserdeczna Latynoska przybija pieczęć DENIED i wtedy wracasz do swojej cebulandii jak śmieć najgorszego sortu. I co powiesz znajomym? Jakie zdjęcia wrzucisz na Facebooka? Jak gnijesz na lotnisku Jana F. Kennedy'ego w Nowym Jorku w oczekiwaniu na pierwszy samolot w kierunku Polski?

Przypomniał mi się wtedy "Terminal" z Tomem Hanksem. A że (jak już wspominałem) zawsze jestem pełen najgorszych przeczuć, to już widziałem siebie w tej roli. Na szczęście mieliśmy plan awaryjny: w razie gdyby rozmowa z urzędnikiem przybierała niepokojący obrót, podamy się za żydowskich kupców. Im nikt nie odmówi. Jak to zwykle jednak bywało podczas tej eskapady, wszelkie czarnowidztwo okazało się bezpodstawne. Znudzony urzędas bąknął dwa zdania, podbił papiery i zawołał następnego w kolejce. Niezaprzeczalnie byliśmy w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej.



Nareszcie czas zacząć właściwą opowieść, a nie brodzić w smętnych wstępach i przygotowaniach. 

Szczęśliwie w Nowym Jorku, przez zuchwałych nazywanym kulturalną stolicą świata, mieliśmy zapewniony pierwszy nocleg u znajomego emigranta. To wiele upraszczało w tym gigantycznym mieście, które widziane z góry wydawało się nie mieć końca. No, z tym Nowym Jorkiem to trochę przesadziłem (ale to dla wzmocnienia efektu, więc uzasadnione). Gdyby chcieć być bardzo precyzyjnym, trzeba byłoby powiedzieć, że spaliśmy w sąsiednim New Jersey.

Znajomy emigrant, nazwijmy go Krzysiek, był tak uprzejmy, że odebrał nas z lotniska im. Jana F. Kennedy'ego swoim jeepem i zawiózł ok. 30 mil do typowo amerykańskiego domku na typowo amerykańskim przedmieściu. Po drodze zamówił jeszcze przez telefon chińszczyznę, a choć mówił z polsko-emigrancką naleciałością, to i tak była to poezja przy niezrozumiałym bełkocie sączącym się z azjatyckich ust po drugiej stronie słuchawki.

Nowy Jork obserwowaliśmy tylko zza szyby, a wchodziliśmy już w 50. godzinę podróży, co nie skłaniało do głębszych refleksji, ani w ogóle do czegokolwiek. Duże korki, żółte taksówki, panorama Manhattanu, most Brooklyński - nic czego każdy z was nie widziałby na setkach filmów, nie ma się więc póki co nad czym rozwodzić. 30 mil przejechaliśmy w półtorej godziny i podobno nie był to zły wynik.

Emigrant Krzysiek mieszka w Stanach od 30 lat, prowadzi poważny biznes remontowy, więc zdążył się już ustawić. Nie to że byśmy pogardzili noclegiem na starym sienniku u jakiegoś nieudacznika w zawszonej suterenie na Greenpoincie (hej przygodo), ale jednak lepiej obserwować z bliska sukcesy rodaków za oceanem. Gdy byłem w podstawówce i nie było jeszcze mentorów ani trenerów personalnych (tzn. byli, ale jeszcze nie wiedzieli że nimi są), usłyszałem jak ktoś powiedział, że lepiej być pięknym, zdrowym, młodym, mądrym i bogatym, niż brzydkim, chorym, starym, głupim i biednym. I popatrz pan, to się po raz kolejny potwierdziło.

Typowa randomowa ulica na przedmieściach dowolnego miasteczka gdzieś w New Jersey
Emigrant Krzysiek przyjął nas z klasą i rewerencją, my odwdzięczyliśmy się przywiezioną w walizie polską wódką, będącą w Ameryce dobrem luksusowym. Po jakimś czasie siedzenia przy stole poszliśmy się rozejrzeć po okolicy i przy okazji kupić fajki (ja nie palę, ale Maciej np. tak, poza tym dym tytoniowy uśmierza lumbago, którego nabawił się koczując 10 godzin na ławce berlińskiego lotniska). Na pobliskiej stacji benzynowej papierosów nie mieli. Sprzedawca zdziwiony naszym zdziwieniem. Przecież to jest stacja benzynowa, PODKREŚLAM, stacja benzynowa - zdawał się mówić po hiszpańsku. To był pierwszy dzwonek ostrzegawczy, że Ameryka jest krajem zacofanym. W Polsce na każdej stacji jest pełen asortyment fajek i jak żyję nie słyszałem, żeby któraś z tego powodu wybuchła.

Musieliśmy zatem iść dalej, do jakiegoś sensownego sklepu. Po drodze mijaliśmy dziesiątki tych pedantycznie przystrzyżonych trawników, ogródków, gdzie każde źdźbło ma swoje właściwe miejsce, chodników tak równych i czystych, że miało się ochotę z nich jeść, małych fontanienek, rzeźb kupidynów, kolumn udających starożytne. Na prawie każdej posesji wbita w trawnik tabliczka z nazwiskiem czy to kandydata na prezydenta, czy na szeryfa, czy na lokalnego sędziego, którego właściciel domu (każdy obłożony sidingiem) aktualnie popiera. Jednym słowem: działy się tam rzeczy w Polsce niesłychane.

Po powrocie do domu emigranta Krzyśka mieliśmy już siłę tylko napompować sobie materace do spania. Tu jednak punkt dla Stanów, bo materace sprzedają tam od razu z wbudowanym silniczkiem - podłączasz do prądu i sam się dmucha. A nie to co u nas - dymasz przez pół godziny, gęba sina, zawroty głowy, w opłucnej pierwsze odmy. A w nocy i tak połowa powietrza zejdzie, bo nieszczelny korek. Tutaj nic takiego się nie wydarzyło. Spaliśmy jak zabici. Kładąc czułem się, jakby przygniatała mnie półmetrowa warstwa świeżego gruzu.

Plan na kolejny dzień był następujący: emigrant Krzysiek podrzuca nas na nowojorski dworzec autobusowy, tam wsiadamy w autokar i jedziemy do Waszyngtonu. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że w ślad za nami podążała straszliwa pożoga, zbierająca ponure żniwo na terenach, które mieliśmy okazję odwiedzić. O tym dowiecie się z kolejnych odcinków, więc polecam nie wyłączać komputerów.

Dzień 1
Samolot: 6495 km
Razem: 7066 km

Następny odcinek:
Dzienniki Amerykańskie (4)

Poprzednie odcinki:

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Dobry wpis.

Anonimowy pisze...

palisz palisz, nie łżyj.

Prześlij komentarz

Skomentuj i się podpisz.