niedziela, 21 lipca 2019

Reich 2006

Są tacy, którzy twierdzą, że młodzi ludzie mają wszelkie predyspozycje ku temu, by zdobywać świat. Nic bardziej mylnego. Oto historia wydarzeń, które miały miejsce między 7 a 10 lipca 2006 roku w Berlinie. Przyjrzymy się czterodniowej wyprawie do Niemiec dwójki kuzynów – Krystiana (lat 21) i Adriana (lat 20), mieszkańców najczarniejszych odmętów Polski wschodniej –Białegostoku i Lublina.

Odłożyli oni pewne sumy, pożegnali łkające dziewczyny i ruszyli na eurotrip. „To będą wakacje życia” – zapowiadali butnie. „Z pudli kanapowych staniemy się chartami” - wygrażali. Tak to zwykle bywa w przypadku gołowąsów, którym się wydaje, że są już wielce dorośli, bo facetka w sklepie sprzedaje im wódkę (oczywiście po okazaniu dowodu).

Jako że w owym czasie cały świat żył piłkarskimi Mistrzostwami Świata, rozgrywanymi na boiskach Republiki Federalnej Niemiec, chłopcy wymyślili sobie, że zjawią się u naszych zachodnich sąsiadów, wtopią się w tłum i dadzą się ponieść atmosferze sportowego święta.

Pierwszym celem wspomnianych podróżników był Berlin, stolica zjednoczonych Niemiec, miasto tolerancji, śmierci Hitlera i finału siedemnastego mundialu w piłce nożnej. W dalszej kolejności zamierzali odwiedzić kilka innych europejskich krajów, póki co niesprecyzowanych. Tak długa i wymagająca trasa nakazywała, rzecz jasna, zadbać o odpowiedni środek transportu.

Tak się złożyło, że Krystian od kilku miesięcy był szczęśliwym posiadaczem samochodu marki FSO Polonez, rocznik 1993 w gazie. Wygodny, oszczędny, wykonany z materiałów dobrej jakości, a do tego przystosowany do nawierzchni polskich dróg, która u progu lat 90. ubiegłego stulecia wołała o przysłowiową pomstę do nieba. Przypomnijmy, że ten legendarny już pojazd zaprojektowano za głębokiej komuny. Z historii wiemy, że były to czasy wiecznego niedostatku, przaśności i brakoróbstwa. Ówcześni decydenci, chcąc zmotywować pracowników polskiego przemysłu motoryzacyjnego, posłużyli się znanym biznesowym fortelem. Rzekli bowiem głównemu projektantowi Poloneza:
 - Towarzyszu. Z gówna bata nie ukręcicie.
Na co projektant odparł:
- Towarzysze, potrzymajcie mi piwo.

Tak właśnie powstał FSO Polonez pierwszej generacji – i są to fakty, zatem proszę z nimi nie dyskutować, gdyż istnieje ryzyko ośmieszenia się. Działo się to w roku 1978, gdy nikt jeszcze nie słyszał na przykład o Papieżu-Polaku, gdyż suwerenem Watykanu był wówczas Papież-Włoch. Takie to były czasy.

Co do Poloneza, to oczywiście – jak to w życiu – nic nie jest pozbawione wad. Także i popularny Poldek (mowa o egzemplarzu użytkowanym przez bohaterów niniejszej opowieści) miał pewne drobne mankamenty, wśród których należy wymienić:
Dźwigienkę do otwierania drzwi kierowcy od środka, która urwała się po drodze, gdzieś w powiecie konińskim. Projektanci wzięli jednak pod uwagę taką ewentualność i na szczęście zamontowali w Poldku także klamkę zewnętrzną. Można było ją otwierać bez wychodzenia z pojazdu: wystarczyło otworzyć szybę i sięgnąć ręką;
Rozrusznik, który odmawiał posłuszeństwa zawsze wtedy, gdy wokół stali gapie. Patrzenie na Adriana pchającego rzężące auto w nadziei na rychły zapłon było niemal tak samo żenujące, jak bycie Adrianem pchającym rzężące auto w nadziei na rychły zapłon;
Autoalarm, który z pewnością nie zareagowałby na próbę kradzieży (o ile jakiś złodziej postawiłby na szali swoją reputację i próbował ukraść 13-letniego gruza), ale czasem wył jak Krystian otwierał auto kluczykiem.

Ale czepianie się takich rzeczy byłoby małostkowe. Najważniejsze, że się poruszali, choć wielu ludzi jest zdania, że samochód nie jest urządzeniem służącym li tylko do przemieszczania się z punktu A do punktu B, ale wizytówką właściciela, mówiącą o nim więcej niż tysiąc słów.

Krewniacy zmieniali się za kierownicą co jakiś czas. Chyba jednak nie ma sensu roztrząsać tego typu pierdół, zupełnie nie rzutujących na bieg wydarzeń. Wypadałoby raczej przedstawić bliżej obu bohaterów, jak na porządnego wszechwiedzącego narratora przystało. Otóż Adrian to wysoki blondyn z Lublina, emocjonalny troglodyta, mający do ludzi stosunek może nie pogardliwy, ale lekceważący na pewno. Student I roku dziennikarstwa, gardzący swoim kierunkiem i w ogóle studenctwem, stroniący od ludzi pesymista. Jego ulubiona rozrywka to milczenie. Krystian, wysoki szatyn z Białegostoku, to zupełne przeciwieństwo, otwarty, gadatliwy (potrafił godzinami pierdolić bez żadnego sensu), typ wyluzowanego ziomka z sąsiedztwa. Jego hobby to wygłaszanie farmazonów w uniesieniu kaznodziei (podniesiony głos, ekspresyjna gestykulacja, wskazywanie że adwersarz nic nie rozumie, jest w błędzie). To bardzo powierzchowna, ale uczciwa ocena obu dżentelmenów.

7 lipca w godzinach rannych wyruszyli z warszawskiej Woli, spod szarego bloku przy Okopowej 16, gdzie Adrian wynajmował pokój na ósmym piętrze. Droga z Warszawy przebiegła bez żadnych komplikacji, nic nie wskazywało na to, że coś mogłoby się pójść nie tak. Na przejście graniczne wybrali sobie Kostrzyn nad Odrą. Odprawa na granicy (w tamtych czasach występowało takie zjawisko, dzisiejsza młodzież może tego nie zrozumieć) odbywała się sprawnie. Przed Polonezem, w którym znajdowali się Krystian, Adrian i ich nieliczne bagaże, oczekiwało kilkanaście samochodów.

Wszystkie przepuszczano bez sprawdzania - ludzie wwozili broń, heroinę, nieletnie Azjatki i nic. Niestety na naszych bohaterów niemieccy celnicy od razu spojrzeli krzywym okiem, każąc wysiąść, wyłączyć silnik (zwracam uwagę: wyłączyć silnik, to będzie ważne), wyrzucić wszystko z bagażnika. Przeszukali torby, śpiwory, omal porozcinali fotele nożami. Brakowało tylko, żeby jeden z pograniczników założył gumową rękawiczkę i zarządził badanie per rectum.

Kontrabandy nie wykryto, zatem kuzyni wjechali na tereny byłej NRD. Najpierw musieli jednak odpalić zgaszony silnik, co okazało się problematyczne – ku uciesze kilku pracowników Zollamtu. Trzeba było uruchomić procedurę ruszania „na pych”. Niemieccy celnicy nieczęsto mają okazję oglądać sceny typu że jeden Polak pcha Poloneza, a drugi usiłuje wywołać zapłon poprzez młócenie sprzęgłem jak cepem. Nikt nie lubi uśmiechów politowania, których jest adresatem, więc Adrian z Krystianem nawet się nie odwracali za siebie, ale słusznie przypuszczali, że umundurowani urzędnicy byli tam posikani.

Był to pierwszy niepokojący sygnał tego dnia. Można to było jednak usprawiedliwić, przecież celnicy mają to do siebie, że czasem przeszukują bagaże na granicy. Podobno większość przemytników przewozi nielegalny bagaż właśnie w kilkunastoletnich rzęchach, żeby w razie czego nie cierpieć z powodu konfiskaty narzędzia przestępstwa. 13-letni Polonez to już, można powiedzieć, klasyk motoryzacji, więc jazda nim do Reichu musiała narazić pasażerów na strzał celników. Tak czy siak, nasi tułacze skłonni byli uznać to za łyżkę dziegciu w beczce miodu, którą miała stanowić dalszą część eskapady na zachód. Ale gdy zatrzymał ich biało-zielony passat z napisem „Polizei” na drzwiach bocznych, było już bardzo źle. 5 kilometrów za granicą zostali poddani kontroli radarowej.

Jechali 66 km/h, trudno tu więc mówić o stwarzaniu jakiegoś szczególnego zagrożenia na drodze. No ale przepisy to jednak przepisy, a te nie pozwalały jeździć szybciej niż 50 km/h. Sympatyczny Niemiec wyciągnął taryfikator kar i wyliczył, że Polacy są mu winni 25 euro. Jednocześnie zaznaczył, że w kraju związkowym Brandenburgia dozwolone jest przekroczenie prędkości o 3 km/h, w tym zaś przypadku było to aż 16 km/h, jak łatwo zresztą policzyć przy użyciu kalkulatora, albo nawet i bez niego.

Zapłacenie 25 euro jest dość kłopotliwe, gdy się nie ma ani eurocenta. Tzn. euro niby chłopaki miały, ale w postaci elektronicznej. A musisz, czytelniku, wiedzieć, że brandenburska drogówka nie dysponuje terminalem do kart kredytowych. Jedyną gotówką piratów drogowych, przyłapanych na szaleńczej jeździe Polonezem, były polskie złote.

- Kein Problem – zawołał żywo pan władza i wykonał telefon do banku, ustalił kurs złotego i wyliczył, że należy się 100 zł. Nie wyglądał na człowieka, z którym wdawanie się w dyskusje mogłoby przynieść jakiekolwiek skutki poza strzałem z Sig Sauera w potylicę. Krystian wyjął więc banknot z twarzą Władysława Jagiełły i zbiedniali podróżnicy mogli ruszyć w dalszą drogę, ponownie odpalając Poldka „na pych”, ponownie przy pełnym politowania wzroku niemieckich służbistów.

Czy byli zaniepokojeni niespodziewanym wydatkiem? Nie. Byli mocno wkurwieni. Ale seria zdarzeń była już nie do odwrócenia, więc po pewnym czasie przestali sobie zaprzątać tym głowę. Nawet cieszyli się, gdy zaraz po nich policjanci zatrzymali Lanosa na poznańskich numerach, jadącego 54 km/h. Skoro chamy łamią przepisy, to niech płacą.

Polonez, o którym cały czas mowa, jeździł głównie na gaz. Miało to, jak się później okazało, dość istotny wpływ na rozwój wydarzeń. Nawet nie takie znowu później, bo zaraz za granicą aktualny kierowca, którym był białostocczanin Krystian spostrzegł, że w butli dramatycznie ubyło paliwa. Wędrowcy zaczęli się nieśmiało rozglądać za stacją LPG. Nie wiedzieli jeszcze, że taki obiekt na zachód od Odry to rzadkość. Minęli już kilka stacji benzynowych i na żadnej nie natrafili na mieszankę propanu i butanu. Pobłądzili po jakichś wioskach w poszukiwaniu wymaganego paliwa, ale bezskutecznie. Całe szczęście, instalacja benzynowa była cały czas dostępna w samochodzie. Cóż więc za problem – napełnili bak benzyną – w razie, gdyby na jakimś zadupiu pod Berlinem zabrakło im gazu. To się nazywa przezorność.

Nietrudno się domyślić, że na jakimś zadupiu pod Berlinem zabrakło im gazu. Ale po kolei, bo w ogóle to najpierw pomylili drogę. Adrian był autorem planu, ażeby przenocować w okolicy jeziora Müggelsee na przedmieściach stolicy Niemiec. Piękna okolica: woda, zieleń, niemiecki ordnung, równo przystrzyżone trawniki. Żeby tam dojechać, należało zjechać z drogi głównej w lewo, przedrzeć się przez sieć podmiejskich wiosek, minąć obwodnicę i dopiero. Sieć podmiejskich wiosek okazała się jednak bardziej skomplikowana, niż to wyglądało na mapie i w efekcie zatoczyli koło, wracając z powrotem na drogę główną, którą przyjechali z Polski. Tzn. nieomal zatoczyli, bo w pewnym momencie skończył im się gaz. No ale przecież mieli jeszcze pół baku benzyny, zatem wszystko w porządku.

Otóż nic nie było w porządku. Po przełączaniu dźwigienki na opcję „benzyna”, samochód kilka razy kaszlnął i zdechł. Jakby tego było mało, nadeszła burza. Podróżnicy próbowali standardowego wariantu z uruchamianiem „na pych”, bo co im innego zostało? Efektem było jednak tylko to, że Adrian zmókł jak szmata, a dodatkowo padł akumulator. Siedzieli zatem obaj w Poldku zrezygnowani, stojąc na poboczu drogi, na jakimś zadupiu pod Berlinem, czekając aż przestanie padać.

- Daję nam 20 minut do pierwszego rżnięcia tyłka – zażartował któryś z nich. Ale nikt się nie śmiał. Znam paru ludzi, których każdy żart skutkuje w ten sposób.

Gdy nawałnica ustała, ponowili próbę uruchomienia pojazdu. Po prawej stronie drogi stały jakieś domki. Mimo, że była dopiero godzina 21, w żadnym nie paliło się światło. Po lewej zaś leżały jakieś nieużytki rolne, co bynajmniej nie poprawiało położenia pechowców. Kawałek dalej dostrzegli małe wzniesienie. Dopchnęli doń milczącego Poloneza i wykorzystując prawa fizyki, postanowili stoczyć się na sam dół i zobaczyć, co tam się znajduje. A znajdowała się tam niewielka miejscowość Herzfelde. Oni o tym nie wiedzieli, bo, jak już wspomniano, zatoczyli koło, nie mając tego świadomości. Coś jak Krzysztof Kolumb przekonany, że dopłynął do Indii – a to była Ameryka.

Wydawało się im, że są zupełnie gdzie indziej i studiowanie mapy nie pomagało. Nigdzie nie było żadnej wzmianki o tym, co to za miejsce. Adrian i Krystian usiłowali dociec gdzie się znajdują – po jakimś napisiku, tabliczce, lub czymś w tym stylu. Bezowocnie. Sprawę komplikował nieco fakt, że w miasteczku nie było żywego ducha, a nie były to czasy wszechobecnego internetu w telefonach.

W międzyczasie zrobiło się ciemno. Bohaterowie tej opowieści zepchnęli auto na mały parking i usiedli zrezygnowani na fotelach, słuchając odgłosów świerszczy. Po pewnym czasie pojawiła się pierwsza tutejsza osoba, nawet dwie. Dwóch zalanych w sztok, ponadtrzydziestoletnich Niemców, prowadzących rower. Adrian usiłował nawiązać z nimi kontakt łamaną niemczyzną, choć nie oczekiwał rewelacyjnych efektów. Udało się wszakże zdobyć informację, że w pobliżu znajduje się warsztat samochodowy. To wlało czarę nadziei w serca młodych Polaków. Poszli spać z ambitnym planem zjawienia się jutro u mechanika. Siedzenia w Poldku były bardzo wygodne. Sen przyszedł szybko.

Kolejny dzień miał im na długo zapaść w pamięci.

Lato było tego roku wyjątkowo upalne. O 8.00 wnętrze samochodu, było do tego stopnia nagrzane, że uniemożliwiało dalsze przebywanie w środku, nie mówiąc już o jakimkolwiek spaniu. Po przebudzeniu i skonsumowaniu kilku bułek z paprykarzem, bohaterowie udali się nad pobliskie jeziorko, przypadkowo odkryte przez Adriana na mapie. Kąpiel w nim trudno zakwalifikować do beztroskich, z uwagi na zupełny brak pomysłu, jak wyjść z sytuacji, w której się znaleźli. Po odświeżeniu się, udali się w kierunku warsztatu samochodowego, o którym wspomnieli im wczoraj dwaj zataczający się obywatele Republiki Federalnej Niemiec, którym, o czym może zapomniałem w wyniku natłoku wydarzeń do opisania wspomnieć, towarzyszył osobnik o tureckiej karnacji i rower. Nie wiem, co za rower, bo było ciemno. Poza tym nie zajmujmy się drobiazgami, powoduje to jedynie marnotrawienie czasu czytelnika, który domaga się szybkiej, zwięzłej i rzetelnej informacji.

Do warsztatu prowadziła spokojna aleja, po jej bokach rosły wysokie drzewa, skutecznie chroniąc przed słońcem. O 10 rano skwar dawał się we znaki w stopniu niewyobrażalnym i każdy skrawek cienia był na wagę złota. Droga do upragnionego warsztatu zajęła im kwadrans. Planowali jakoś sprowadzić tam martwego Poloneza, poprosić mechanika o naprawienie instalacji benzynowej, z którą coś było nie w porządku, zapłacić i odjechać szczęśliwie w kierunku Berlina.

Można było być pod wrażeniem zaradności dwóch młodych, granatem od pługa oderwanych chłopaków.

Niestety warsztat był nieczynny. Tabliczka informowała, że mechanik wyjechał i wraca w sierpniu. W sumie można się było tego spodziewać. Los nie zwykł w tak błahy sposób rozwiązywać intryg, które sam misternie zapętlił.

- To tylko 3 tygodnie – zażartował któryś z bohaterów, znowu sam już nie wiem który. Co za różnica, i tak nikt się nie śmiał.

No ale jeszcze nie wszystko stracone. Do meczu o 3. miejsce Mistrzostw Świata mieli prawie 11 godzin. Przez ten czas każdy głupi doszedłby do Berlina choćby na piechotę.

Aby mieć choć trochę gotówki, zaczęli się rozglądać za bankomatem. Z dzisiejszej perspektywy łatwo powiedzieć, że lepiej było kupić euro w Polsce. Ale, jak próbowali to później uzasadniać, „w Warszawie to jednak nie, bo drogie. Gdzieś na trasie się kupi”. Nie był to wszak problem tak palący, żeby zaraz rozglądać się za punktem wymiany walut w każdej podrzędnej miejscowości. Przecież żyjemy w czasach, w których elektroniczny pieniądz jest powszechnie stosowany i akceptowany. Karta kredytowa czy płatnicza powinna w zupełności wystarczyć na tego typu eskapadę, w końcu to Europa Zachodnia. Wiadomo, na wszelki wypadek przydałoby się mieć nieco banknotów, stąd próby szukania kantoru np. w Gorzowie Wielkopolskim. Próby nieudane, dodajmy. Niby stolica województwa, niby rzut kamieniem do Niemiec, a jednak sprawiał Gorzów wrażenie zapadłej dziury.

Przypomniał się od razu premier Marcinkiewicz, pochodzący z tej właśnie miejscowości, gdzie przed laty nauczał fizyki w szkole podstawowej. No, premier to może zbyt wiele powiedziane, bo przecie dzień wcześniej został z tej funkcji odwołany. Wróćmy jednak do Gorzowa. Nasi podróżnicy dotarli tam na 18 (był piątek), a ulice wyludnione, wszystko zamknięte na 4 spusty. Nawet tramwaje nie jeździły, a tory bez dwóch zdań były. Po kilkukrotnym okrążeniu centrum, Adrian i Krystian wyjechali poirytowani z miasta, kierując się w stronę przejścia granicznego w Kostrzynie.

W przygranicznych kantorach dyktowane są iście złodziejskie warunki, toteż trudno dziwić się wychowanym w czasach kultu pieniądza młodzieńcom, że zaniechali nabycia euro po skandalicznym kursie. Oto cała historia, w wyniku której zostali oni unieruchomieni na niemieckiej prowincji, bez gotówki i sprawnego samochodu.

No więc rozglądali się za bankomatem. I znaleźli urządzenie tego typu. Po przyspieszonym kursie jego obsługi (np. jak wpisać 4-cyfrowy PIN, gdy bankomat żąda 6-cyfrowego), usiłowali wypłacić 100 euro. I nie udało się. Próbowali po wielokroć i nic. Ja, jako bezstronny i wszechwiedzący obserwator wiem dlaczego. Oni też mieli się wkrótce dowiedzieć, ale miała to być wyjątkowo upierdliwa lekcja.

Kolejny gwóźdź został więc wbity do trumny. Możliwości wyrwania się z wioski w powiecie Märkisch-Oderland, w której tkwili od wczoraj, wyczerpywały się. Do Polski ponad 60 kiometrów, do Berlina 35. Młodzi nieudacznicy zaczęli chodzić po jedynych czynnych miejscach, takich jak piekarnia, apteka, sklep spożywczy i wypytywali o najbliższą stację z gazem – zakładając, że po uzupełnieniu baku samochód agresywnie ruszy.

Skierowano ich na wschód. Istotnie, po jakimś kilometrze marszu na horyzoncie zamajaczyła stacja Aral. Po dotarciu do niej i krótkim dialogu ze sprzedawczynią okazało się, że nie ma na niej (na stacji, nie na sprzedawczyni) takich rarytasów jak gaz LPG. Sympatyczna Niemka nie potrafiła nawet wskazać, gdzie znajduje się najbliższy zbiornik z nim.

Ktoś powie: chłopaki miały telefony, mogli przeto zadzwonić. Ja odpowiem: po pierwsze – skąd wiesz, że mieli telefony. A po drugie – skoro już mieli, to gdzie mieli dzwonić? „Mame, przyślij lawetę”? Poza tym na kartach sim mieli tak śladowe ilości pieniędzy, że wystarczyłyby może na 10 sekund rozmowy. Teoretycznie mogli szukać telefonu gdzieś po okolicznych domach, ale wydało im się to cokolwiek żenującą ideą. Zresztą, ja na ich miejscu, też bym zaniechał prób w tym guście. Nie po to tłukli się 600 kilometrów na podbój świata, żeby przy pierwszych kłopotach czepiać się maminych spódnic.

Najczęściej gdy pytali ludzi o gaz do samochodu, ich rozmówcy robili wielkie oczy, rozkładali ręce i w całej swej serdeczności oddalali się w nieznanym kierunku. W końcu od jednego z mieszkańców Herzfelde wywiedzieli się, że gdzieś nieopodal obwodnicy Berlina, góra 5 kilometrów stąd, jest coś takiego jak Auto-Gaz.

Zasadniczo mieli więc punkt zaczepienia. Wrócili na mały parking, do którego dotoczyli się dnia poprzedniego w swoim wehikule. Powzięli ostateczną próbę uruchomienia Poldka. Wbrew wszelkim logicznym przesłankom, po kilku kaszlnięciach samochód zapalił. Mało tego, zaczął jechać. Fenomen ten specjaliści wyjaśniają tak: w nocy skropliły się opary paliwa, co rano umożliwiło rozruch i krótką jazdę.

W istocie. Po przejechaniu jakichś 400 metrach główną drogą w kierunku Berlina, Poldek zgasł, tym razem definitywnie. Zepchnęli go na pobocze. Po prawej stronie drogi znajdował się pusty placyk przy wyjeździe z jakiejś poenerdowskiej cegielni.

Było też jeszcze coś. Tabliczka z rysunkiem przedstawiającym wóz holowniczy wlekący za sobą samochód osobowy i podpisem „Achtung!”. Znając skrupulatność naszych zachodnich sąsiadów, w przeciągu kilkunastu minut pojawiłaby się tam laweta i wywiozłaby nasz środek lokomocji w siną dal. A działający z mocą prawa policjant wystawiłby za to rachunek.
A to nie byłoby miłe.

Chcąc nie chcąc, zaczęli przepychać maszynę na drugą stronę jezdni, gdzie parkowania nikt nie zabraniał. Była tam nawet dróżka, nadająca się znakomicie na zaparkowanie tam Poloneza. Problem w tym, że raz po raz z obu stron jechały rozmaite auta, co uniemożliwiało ręczne przemieszczenie Poldka na drugi brzeg. Sznur samochodów wydawał się nie mieć końca. Ustał na moment dopiero po paru ładnych chwilach.

Pchanie objuczonego Poloneza na drugą stronę ruchliwej trasy z granicy do Berlina nie było takie proste, sądzę że niejeden strongman by się tam zasapał.

Jak część z was pewnie się domyśla, nie zmieścili się w przerwie w ciągu wehikułów sunących w obie strony, czym na kilkanaście sekund zatamowali ruch. Żałujcie, że tego nie widzieliście. Niemcy byli przekonani, że to kręcą jakiś skecz do brandenburskiej nocy kabartowej. A to tylko Adrian i Krystian, spoceni jak szczury, wlekli Poldka w poprzek szosy. Obserwujący to kierowcy oniemieli, niektórzy przeżegnali się nogą.

Oczywiście zupełnie nic im to nie dało. No, może tyle że nie łamali zakazu parkowania przy wyjeździe z cegielni i minimalizowali ryzyko odholowania. Ale szybko zdali sobie sprawę z tego, że teraz stali po tej stronie jezdni, którą wszyscy przemieszczali się w kierunku Polski. A to nie kraj kwitnącej cebuli był ich celem. Nie po to tłukli się taki kawał drogi, żeby zaraz wrócić, z poczuciem klęski, kompromitacji. I co powiedzą znajomym? Całą mozolnie budowaną przez ponad 20 lat reputację szlag trafi, jak światło dzienne ujrzy zapis przebiegu ich wyprawy do Reichu. Chyba tylko to pchało ich bardziej w kierunku Bramy Brandenburskiej, niż Stadionu X-lecia.

Wymyślili więc, żeby przetransportować się z dobytkiem znów na tamtą stronę drogi, z tym, że już w miejsce, gdzie długotrwały postój nie jest obwarowany żadnymi obostrzeniami. Do problemu z nieustającym sznurem samochodów, ciągnącym się po oba horyzonty, doszedł jeszcze jeden. Mianowicie – prawo ciążenia. Dróżka, na której stali, schodziła pod pewnym nachyleniem w dół, co ciągnęło ich w stronę pól, a z dala od szosy. Po kilku nieudanych próbach wygramolenia się na asfalt, wyrzucili balast w postaci walizek i w ogóle wszystkiego, co mogło w jakiś sposób czynić pchanie Poldka bardziej uciążliwym.

Można czynić wyrzuty co do inteligencji i antycypacji bohaterów. Tak, powinni się, generalnie biorąc, lepiej przygotować do eskapady. Ale nijak nie można było odmówić im krzepy i determinacji, które pozwoliły im monstrualnym wysiłkiem przemieścić się na drugą stronę – a w zasadzie to na pierwszą. Ba, nawet obrócili Poldka o 180 stopni, wykonując tę ewolucję na środku drogi z Kostrzyna do Berlina, przez co ustawili samochód przodem do celu ich podróży.
Zaiste, imponujące.

Padli z wyczerpania na fotele i napili się wody mineralnej. To, co przed chwilą wyprawiali, rozbawiło nawet ich samych.

„Dobra, to teraz zatrzymujemy samochody, aż ktoś nas podholuje na stację z gazem, tam koło obwodnicy Berlina – przecież nam mówili, że tam jest” – padła propozycja. Przez blisko kwadrans machali dłońmi do nadjeżdżających samochodów. Nikt się nie zmiłował. A może tam nie było żadnej stacji z gazem? Ktoś nas podwiezie, a tu szczere pole? Trzeba będzie świecić oczami.

Zabrali ze sobą butelkę wody, Adrian wziął (na wszelki wypadek) mapę Berlina, gdzie były też rozrysowane okolice tej sporej przecież miejscowości i zaczęli iść. Do obwodnicy mieli jakieś 7 kilometrów – godzinka szybkiego marszu. Poldek stał bezpieczny za rzędem przydrożnych drzew. Nikt go nie ukradnie, bo to rzęch. Poza tym nikt go nawet nie uruchomi. Co najwyżej może wziąć sobie walizki z ich łachami. Acz wątpliwe, by ktoś z potomków Goethego, Bismarcka i Himmlera skusił się na t-shirty za 20 zł sztuka i tego typu rarytasy.

Jeszcze nie wiedzieli, że równo w sobotnie południe, 8 lipca 2006, rozpoczęli najdłuższy marsz w swoim życiu.

Po godzinie zmierzania przydrożną ścieżką, znaleźli się w pobliżu Berliner-Ring – autostrady okalającej stolicę i tereny przyległe. Gdzieś w oddali zamajaczyła im stacja Aral. Będzie tam gaz, czy nie? A tobie, czytelniku, jak się wydaje? Oczywiście że był!

Tyle, że Erdgas – gaz ziemny. Z jego pomocą, Krystian i Adrian mogli co najwyżej podgrzać sobie zupę na domowej kuchence gazowej, której, nieroztropnie, nie wzięli ze sobą. Pojenie samochodu tym paliwem kopalnym nic dobrego by nie przyniosło.

Złudnymi okazały się ich nadzieje na rozwiązanie sytuacji. Zaszli do sklepu na stacji. Skoro nie ma gazu, to kupią przynajmniej linę holowniczą, a nuż się przyda gdyby trzeba było nas zwlec do Polski. Wzięli ten właśnie artykuł, stanęli przy kasie. Trudno, 10 euro w plecy.

Otóż nie. Na tej akurat stacji benzynowej nie honorowano żadnych powszechnie znanych kart płatniczych czy kredytowych, a o gotówce, jak wiadomo, nie mogło być żadnej mowy. Sprzedawca odniósł się do nas z uśmiechem, ale nic zrobić nie mógł. A ja słyszałem, że wszyscy Niemcy to gbury. Nawet jeśli, to jakoś nie dało się tego po nich zauważyć. W Polsce ludzie bardziej się z tą cechą charakteru obnoszą.

Stanęło na tym, że bohaterowie opowieści jak niepyszni opuścili stację benzynową. Ich samochód stał 7 kilometrów dalej z pustą butlą na gaz i nie chciał zapalić w trybie benzynowym. Adrian i Krystian myśleli teraz o tym, jak dostać się do Berlina innym środkiem transportu – za 8 godzin rozpoczynał się mecz o 3. miejsce Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Było to jedno z dwóch (obok finału) spotkań, które chcieli obejrzeć w kraju, który dał światu zarówno doktora Mengele, jak i grupę Modern Talking.

Zaplanowali złapanie autostopa. Po półgodzinie machania wyciągnięta ręką na poboczu stwierdzili, że najwyraźniej nikt nie ma zamiaru podwozić dwóch mierzących 188 centymetrów łobuzów, solidnej raczej budowy. Naturalnym odruchem byłoby w tym momencie złorzeczenie na Niemców, wytykanie im uprzedzeń do Polaków i chęć rewanżu za zbombardowanie Lublina czy innych miejscowości. Ale oni, rozumując logicznie, stwierdzili, że sami nie zdobyliby się na zabranie podobnie wyglądających wędrowców do swojego auta.

Człowiek, któremu coś nie układa się w życiu, podejmuje często irracjonalne, rozpaczliwe decyzje, w celu poprawy swego położenia. Oto dwójka podróżników, o których cały czas mowa, postanowiła dojść do centrum Berlina pieszo.

- To tylko 28 kilometrów – skwitowali i raźnym krokiem przemieszczali się w kierunku zachodnim.
Po 2 kilometrach marszu znaleźli kolejną stację benzynową, ale uwaga: był na niej LPG-gaz, a więc ciecz stosowana do napędzania silnika między innymi ich Poloneza. W tym momencie pojawiła się kusząca alternatywa: wracać 9 kilometrów do samochodu i czekać na życzliwego kierowcę z liną holowniczą, który przywlecze ich na stację, której lokalizację pamiętają, lub iść 28 kilometrów do Berlina, a potem niech wali się świat.
Wybrali wariant drugi.

Z początku drogę z obu stron otaczał rzadki las, szli więc wartko poboczem, tuż za metalową barierką, chroniącą samochody przed wbijaniem się w pnie drzew. W pewnym momencie gaik przestał występować, zaczęły się uciążliwe zarośla, boleśnie tnące nogi. Chaszcze bezpośrednio graniczyły z barierką i miejsca na dalszy marsz nie było. Przeszli więc pomiędzy dwa pasy ruchu (była to droga ekspresowa, z pasem zieleni pośrodku). Przez kolejne kilka kilometrów mijały ich z obu stron pędzące w tę i nazad wehikuły. Z jednego z nich niepostrzeżenie wystawił głowę młody Germanin i obraźliwym gestem dłoni dał do zrozumienia idącym pasem zieleni bohaterom, by spierdalali. (Nazywam ich bohaterami nie z uwagi na ich wielkie czyny bądź honor, z którego słynęli, lecz w tym drugim znaczeniu – po prostu jako uczestników wydarzeń spisanych na kartach tej opowieści).

Po jakichś 6 kilometrach (razem tego dnia przeszli już 13, z Herzfelde na stację benzynową było 7) roślinność przestała swą gęstością utrudniać marsz, zaczęła się wieś Hoppegarten, a tuż za nią rozciągały się wielkie połacie pół. Obok drogi ciągnąła się teraz ułożona z betonowych płyt dróżka. Minęli tabliczkę „Berlin”.

A więc udało się, doszli do celu. Tzn. cel ten miał (w rozumieniu bardziej ogólnym) powierzchnię 900 kilometrów kwadratowych, zatem dotarcie do jego skraju nie było równoznaczne z dotarciem do celu właściwego (Bramy Brandenburskiej), ale pierwszy krok został poczyniony. Obecność tabliczki z nazwą miasta, pełniącego rolę stolicy Niemiec, nie niosła za sobą jakichś poważniejszych zmian krajobrazu. Nadal szli dróżką z betonowych płyt, po bokach mieli pola, a słońce grzało coraz mocniej. Był to okres rekordowych upałów w Europie środkowo-wschodniej i jak później się dowiedzieli, temperatura w cieniu oscylowała wokół 34 stopni. Każdy z 22 następnych kilometrów miał stopniowo nadszarpywać zasoby wodne ich organizmów.

Przez następne 6 kilometrów od przekroczenia granic miasta cienia nie było. Temperatury na słońcu zwyczajowo się nie podaje, a szkoda, bo lepiej zobrazowałaby ona mękę, jaki znosili ci niestrudzeni fani futbolu.

W końcu zaczęły wyrastać z ziemi pierwsze zabudowania berlińskich przedmieść. Od dłuższego czas bolały ich nogi. Perspektywa spoczęcia na schodkach Reichstagu była jednak bardzo mglista, do przejścia zostało im jeszcze 16 kilometrów. Biorąc pod uwagę coraz wolniejsze tempo, coraz częstsze postoje i coraz gęstsze powietrze – ponad 5 godzin dalszego marszu.

Ich twarze już wówczas wyrażały „niemożliwą do zaspokojenia tęsknicę za myślą”. Było to jednak mylące dla potencjalnego obserwatora, gdyż mózgi Adriana i Krystiana pracowały podczas tego długiego spaceru intensywnie. No, właściwie o mózgu Krystiana trudno mi tu cokolwiek powiedzieć, ja tylko udaję trzecioosobowego, wszechwiedzącego narratora, a w rzeczywistości jestem jednym z bohaterów. W fachowych książkach podawano, że trzecioosobowy narrator oznacza opisywanie zdarzeń z dystansem, a w telewizji mówili, że dystans do pewnych spraw warto mieć, tak to wszystko skojarzyłem i udaję kogoś innego niż jestem. Przepraszam, jeśli ktoś poczuł się urażony.
Już do tematu wracam.

W zasadzie nie mieli już wyjścia, musieli dojść do końca. Po 20 tysiącach metrów hańbą byłoby poddać się. Pozostało 15 kilometrów, a słońce nie miało tego dnia litości. Nie przypuszczając, że tak długa droga piesza stanie się ich udziałem, na śniadanie zjedli tylko po bułce z paprykarzem. Nie wzięli ze sobą nic, poza portfelami, bo pierwotnie mieli dojść do stacji i wrócić. Przez długi czas nie było wokół żadnej cywilizacji, tylko pola i centra handlowe, a nie mieli, przypominam, gotówki (bo „po co w Polsce wymieniać złotówki, jak dojedziemy do Berlina to tam jest pełno kantorów”). Zmęczenie dodatkowo potęgował nagrzany asfalt, po którym szli.

Z czasem zaczęli sobie uświadamiać, jak bardzo nieprzemyślaną decyzją było podjęcie się trudu 35-kilometrowego marszu. Zastanawiające, że żaden z nich nie odrzucił w pierwszej chwili tego pomysłu z oburzeniem, prychając z pogardą na drugiego uczestnika. Są tacy, którzy twierdzą, że podobne doświadczenia są korzystne: hartują ducha, skłaniają do przemyśleń („życie jest drogą”), uczą wytrwałości. Z perspektywy kilkunastu lat tak to może wygląda, ale idąc w upale przez dzielnice Mahlsdorf, Kaulsdorf i Biesdorf, czując nogi wrzynające się w płuca, lepcy od potu i ciężcy od kurzu, nie uważali tego za jakiś szczególny dar od losu. Nie dziękowali losowi.

Cel z wolna zbliżał się. Ból nóg i chęć napicia się czegoś stawały się nie do zniesienia. Po drodze pytali przypadkowych przechodniów, czy nie ma w pobliżu kantora, ale nikt nie miał pojęcia. Przechodniów nie było wielu – były wakacje, sobota, Berlin Wschodni. W Berlinie Wschodnim pozostało niewielu rozsądnych ludzi. Jeno starzy, pamiętający czasy towarzysza Honeckera, a niektórzy nawet jeszcze wcześniejsze. Nie mieli dziadków w Wehrmachcie, gdyż sami byli dziadkami w Wehrmachcie. Ich dziadkowie z kolei służyli pod von Bismarckiem. Tacy ludzie nie mają pojęcia, gdzie jest kantor.
- Gdzieś w pobliżu Bahnhof Zoo szukajcie – odparł starszy jegomość, spacerujący samotnie po opustoszałej dzielnicy Friedrichsfelde.
- Bahnhof Zoo? – zbulwersował się Adrian, zerkając chmurnie na mapę, którą szczęśliwie miał ze sobą. – Toż to 5 kilometrów za celem.

Wreszcie zabudowa miejska zaczęła gęstnieć – wkroczyli do Lichtenbergu. Z każdym krokiem mijała ich coraz większa liczba osób pochodzenia arabskiego, głównie Turków. Znalazł się też bankomat…
Tym razem, nie wiedzieć czemu, chłopaki zażyczyły sobie wypłacić 50 euro zamiast 100, jak to chcieli zrobić w Herzfelde o poranku. Jakież było ich zdumienie, gdy bankomat bez problemu wypluł pieniądze. Rozwikłanie zagadki było więc banalne – limit wynosił 300 zł (ok. 70 euro). Co za tym idzie, wypłacenie 100 euro nie wchodziło w grę. Wystarczyło wypłacić pięćdziesiątkę rano i przyjechać sobie do Berlina kolejką S-Bahn. Ale nie, po co. Lepiej się przejść 35 kilometrów w upale.

Wróćmy do tematu. Panowie są na Lichtenbergu, mają 50 euro w kieszeni, a w sercach nową nadzieję. Nawet nogi odzyskały siły. W pobliskim sklepie kupili wodę, dalej, na Frankfurter Allee, zjedli wyborny kebab. Do przejścia pozostało im jeszcze jakieś 10 kilometrów. Najedzeni i napojeni szli wszakże żwawiej. Choć po prawdzie to przemieszczali się siłą rozpędu, nogi były tak zbolałe, że już tego bólu nie czuli.

Warto odnotować, że Adrian to pesymista, wobec czego całą drogę przewidywał czarne scenariusze. Może nie było to złowieszcze zapowiadanie nadejścia 7 chudych lat, ale uczepił się samochodu. Notorycznie drażnił brata sugerując, że randomowi Polacy ukradli Poloneza, stojącego za drzewami obok krajowej drogi nr 5 niedaleko Herzfelde.

- Przecież nie mogliby go uruchomić, nie ma paliwa i z zapłonem są kłopoty – odpierał wróżby brata Krystian, ale w jego głosie brakowało pewności siebie, toteż Adrian nie ustawał w dzieleniu się swoimi czarnymi wizjami.

- Na pewno wybili szybę i ukradli walizki z łachami, jak to mają w zwyczaju – kontynuował pesymistyczny kuzyn. Ja wiem, że na blogach powinna panować poprawność polityczna, ale nic nie poradzę, że on naprawdę tak powiedział. I jako obiektywny narrator nie mogę tego przemilczeć. – Na pewno policję zaniepokoił stojący na poboczu automobil i odholowała go w nieznane miejsce.
I tak przez długie godziny wspólnej wędrówki.

Lichtenberg jest dzielnicą nieelegancką. Sprawił na nich niekorzystne wrażenie. Perła socjalistycznej architektury – wielkie, na wpół opuszczone blokowiska, zaśmiecone ulice, dużo Turków. Coś w rodzaju warszawskiej Ochoty. Tylko budynki wyższe, ulice szersze, a syf bardziej dojmujący.
Frankfurter Allee (dawniej: Aleja Stalina) to szeroki bulwar, ciągnący się przez środek Berlina Wschodniego. Jak wyjaśniają znawcy tematu: szerokie ulice budowano na wypadek wojny nuklearnej, by siła uderzeniowa rozprzestrzeniała się lepiej, niż gdyby ulice były węższe.

Potem była dzielnica Friedrichshain z przedziwną Bramą Frankfurcką. Gdzieś w tym rejonie doznali wizji. Na wózku inwalidzkim leżał powykrzywiany, kaleki człowiek, z otwartymi na oścież ustami. Krystian stwierdził z przerażeniem: „Krzyk”, nawiązując do znanego obrazu Edwarda Muncha. Oczy miał wbite gdzieś w niebo, a gdy ich mijał, wydał z siebie przeciągły jęk. Jakby chciał powiedzieć: Nie idźcie tą drogą!
Nie posłuchali go. Poszli tą drogą.
Nic złego im się nie stało.

Wykończeni dotarli w końcu Aleją Karola Marksa do Alexanderplatz. Nazwa pochodzi od rosyjskiego cara Aleksandra I. Tam spoczęli na fontannie i nie mieli siły się do siebie odezwać. Była 19.30, dzień miał się ku końcowi. Liczne rzesze fanów z całego świata przemieszczały się po powierzchni rozległego placu, krzycząc różne rzeczy i co rusz wybuchając śmiechem. Przyodziani byli w rozmaite kolorowe stroje, nawiązujące do trykotów swych narodowych reprezentacji.

Adrian i Krystian siedzieli tymczasem ponuro, ociekając potem. Było duszno. Nagle, znienacka lunął deszcz i w przeciągu kilku minut zmoczył ich tak dotkliwie, jak dotkliwie moczy się szmatę przeznaczoną do wytarcia podłogi w kuchni lub w innym pomieszczeniu. Schowali się do budynku dworca kolejowego, trafiając przypadkiem na kantor. Wymienili zbędne złotówki i jako ludzie cokolwiek majętni przestali przejmować się deszczem, przemoczeni zmierzali w stronę Bramy Brandenburskiej. Przeszli tego dnia 32 kilometry, więc dodatkowe 3 były pryszczem. Pryszcz jest upierdliwy, ale to jednak tylko pryszcz. Obok kręciła się wielka kula na wysokości… no, na bardzo dużej wysokości – znajdowała się ona na wieży telewizyjnej. Z okazji Mundialu ozdobiono ją tak, że przypominała piłkę.

Od jakichś 5 kilometrów musieli przystawać co jakiś czas, bo nogi fizycznie nie dawały rady. Mięśnie odmawiały kurczenia się i rozkurczania. Nie skutkowały rozpaczliwe próby wyzywania mięśni od skurwieli, podejmowane przez Adriana. Musieli siadać na ławkach i odczekiwać kilka minut.

Teraz, będąc w centrum, mogli już bez kłopotu wsiąść do autobusu czy metra, ale szczerze mówiąc, co za różnica, po 32 kilometrach jest to już bez znaczenia.

Im bardziej posuwali się wzdłuż Unter-den-Lindenstrasse (Alei Pod Lipami), tym szybciej rósł w oddali znajomy kontur, z kwadrygą na szczycie. Brama Brandenburska. Gęstniały szeregi mundurowych, pilnujących porządku w centrum, gdzie organizatorzy postawili 8 telebimów, na których widzowie nie posiadający biletów na stadion w Stuttgarcie mogli oglądać mecz o 3. miejsce Mistrzostw Świata Niemcy – Portugalia. O 20.00 stanęli pod Bramą Brandenburską, czując do siebie wielki szacunek za ten interesujący, choć zupełnie bezsensowny wyczyn, jakim było przejście 35 kilometrów w upale nie znającym miłosierdzia.

Nie był to koniec perypetii. Po meczu okraszonym hektolitrami cienkiego piwa doszło do szampańskiej zabawy w centrum Berlina. Niemcy wygrali 3:1 i zdobyli brąz, co wywołało ogólnonarodową euforię. Nasi bohaterowie dali się ponieść tłumowi i do wczesnych godzin rannych dokazywali na zamkniętej dla ruchu kołowego ulicy 17 Czerwca (nazwa upamiętnia antykomunistyczne ruchawki z roku 1953).

Nad ranem impreza zaczęła dogorywać i bezapelacyjnie trzeba było jakoś wrócić. Powtórzenie wyczynu z poprzedniego dnia nie wchodziło w grę, choć z każdym kolejnym piwem ból w nogach ustępował. Szczęśliwie, bohaterowie mieli przy sobie gotówkę, udali się więc na pobliski dworzec Hauptbahnhof, odczekali godzinę na peronie i złapali kolejkę naziemną typu S-Bahn linii S5.

Po pół godziny wysiedli w Strausbergu, miejscowości położonej możliwie najbliżej pozostawionego na poboczu Poloneza. Od znalezienia się w środku transportu (o ile tam jeszcze stał) dzielił ich krótki, ośmiokilometrowy spacer gminną drogą. Mijali budzące się do życia wioski, z piekarń dobywał się zapach świeżego pruskiego pieczywa, rolnicy rozrzucali gnój po polach, okoliczny bauer rozwoził wozem drabiniastym butelki mleka, z piwnic wydobywały się potępieńcze jęki przetrzymywanych tam latami członków rodziny. Dzień jak co dzień w Brandenburgii. Zanim alkohol całkowicie zszedł z naszych piechurów, zdołali ostatkiem sił dotrzeć do pozostawionego na poboczu drogi nr 1 białego Poldka na białostockich blachach.

Jak się okazało, pojazd ani nie został odholowany, ani nie okradli go Polacy, ani nie spłonął od uderzenia gromu. Stał jak go Pan Bóg stworzył, a gdyby był psem, zamerdałby ogonem. Strudzeni wędrowcy weszli do środka i w ciągu kilku minut usnęli na przednich fotelach. Była 8 rano czasu lokalnego, 9 lipca 2006 roku. Ostatniej doby przyjęli na swe braki porcję gruzu, która dalece przekraczała dopuszczalne normy.

Słońce nie dało jednak pospać. Mimo że samochód stał w cieniu, na zewnątrz panowały ekstremalne temperatury. Przypominam, że ówczesny lipiec był najgorętszym miesiącem w Europie w historii pomiarów (a ta sięgała XIX wieku). Krótko po 10 rano nie dało się już wytrzymać i nadszedł czas, by postanowić co dalej.

Zasadniczo cel był jeden: uruchomić silnik. Wtedy świat na nowo stanie otworem i się pomyśli, czy jechać dalej w Niemcy, czy wracać do Polski. Młodzieńcy wiedzieli już gdzie znajduje się najbliższa stacja z gazem (mijali ją wczoraj), pozostało tylko jakoś się tam dostać, zatankować i odtrąbić sukces.

Podepchnęli samochód bliżej jezdni, włączyli światła awaryjne i zaczęli machać na przejeżdżające auta. Efekt był łatwy do przewidzenia: zupełna obojętność niemieckich kierowców i nerwowe przyspieszanie przez Polaków. Pewnie, stoi na poboczu dwóch skacowanych drabów przy starym Polonezie, co może się stać? Minęła dobra godzina, zanim zatrzymał się pierwszy samochód. Jechało nim polsko-niemieckie małżeństwo po czterdziestce. Ona był Polką, więc spytała „co się, chłopcy, stało?”. „Aaaa, pani kochana, gaz się skończył, a na benzynie nie chce odpalić, tragedia straszna, a dzisiaj finał Mistrzostw Świata, co za los…”.
- Jak wam pomóc?
- A poholowalibyście do stacji gazu? Ze 4-5 kilometrów będzie, nie więcej.
- Jürgen, weź tam linę z bagażnika i podwieziemy chłopaków.
- Doch ich habe kein Abschleppseil – odparł Jürgen, dobrze grając zrezygnowanie (rozkładanie rąk, zatroskana mina). Ale dla polskiej żony, która najwyraźniej w tym związku trzymała lejce, to nie była wymówka.
- Dobra, to pojedziemy na stację po linę i wrócimy po was.

Niesamowite. Nie dość, że ktoś się zatrzymał, by im bezinteresownie pomóc, to jeszcze poświęci czas, by jechać po jakąś linę, wracać, wlec Poloneza po gaz. Koniec świata.
Małżeństwo pojechało po linę (Abschleppseil – piękne słowo, warto zapamiętać), a dwóch wagabundów chodziło nerwowo w tę i nazad, kopiąc małe kamyczki i zastanawiając się czy to nie była czasem wymówka, by spławić dwóch upierdliwych półdebili. Ale nie. Po kilkunastu minutach małżeństwo wróciło z liną, przypięło Poloneza do swojego vana i w żółwim tempie zaciągnęło pechowców na stację gazu.

Po napełnieniu baku propanem-butanem nadeszła chwila prawdy. Mieszane małżeństwo wybawców nie mogło odmówić sobie tej przyjemności i z ekscytacją oczekiwało na to czy silnik zaskoczy. Krystian przekręcił kluczyk w stacyjce i zaczął machać sprzęgłem jak cepem. Polonez krztusił się jak opętany. Wiedziony przeczuciem Adrian przyszedł w sukurs i zaczął pchać pojazd. Poldek cały czas jęczał potępieńczo, do pomocy przyłączył się rozbawiony Jürgen. Z kantorka wyszło dwóch pracowników stacji, a na ich twarzach mieszał się szok z niedowierzaniem. Dwóch facetów pcha kaszlącego klasyka motoryzacji, a trzeci siedzi w środku i na przemian naciska i odpuszcza sprzęgło, pojazd szarpie i wyje.

Ale udało się. Motor zaskoczył. Chłopaki skaczą z radości, Niemiec płacze i gratuluje, pracownicy stacji klaszczą, ktoś przynosi piwo i wurst, ktoś zaczyna jodłować. Koniec męczarni, wolność kocham i rozumiem, sto lat to za mało.

Podróżnicy podziękowali serdecznie polsko-niemieckiemu małżeństwu, zaoferowali zwrot pieniędzy za linę, paliwo i czas, ale interlokutorzy nie chcieli o tym słyszeć. „Bądźcie zdrowi i szerokości, mobilki” – powiedzieli na odchodne, machając serdecznie. Może popłynęła tam jakaś łza. Niestety nie dowiemy się tego nigdy.

Kuzyni postanowili nie wracać jeszcze do Polski. Podjechali do znanej już sobie miejscowości Strausberg, skąd było dogodne połączenie kolejką do Berlina. Zostawili samochód na parkingu i udali się do stolicy Niemiec. Tam jeszcze raz zjedli doskonałego kebaba w tym samym miejscu, co wczoraj. Zakupili znaczną ilość piw i z placu Aleksandra ruszyli w kierunku Bramy Brandenburskiej.

Finał Mundialu między Francją a Włochami zapowiadał się pysznie. Berlin opanowały dziesiątki tysięcy kibiców obu drużyn oraz rzesze przypadkowych obserwatorów. To była kolejna długa noc, wszakże spędzona już nie w stresie, zmęczeniu i niepewności, lecz przeciwnie. Na dodatek makaroniarze wygrali po karnych, zdobywając tytuł po 24 latach, a oni mają melodię do zabawy. Dopiero gdy zapiał pierwszy kur, ludzie zaczęli się rozchodzić. W tym także nasi chłopcy, na których wyprawa do Niemiec odcisnęła srogie piętno.

Mundial można było uznać za odbyty. Krystianowi i Adrianowi minął entuzjazm do dalszych podróży po Europie, skierowali się więc nad piękne polskie morze. A dokładniej do Mielna, bo popularny w owym czasie raper Tede bardzo polecał to miejsce. I niech to będzie dobra pointa tej opowieści. Ciekawe że dziś, po bitych 13 latach od tamtych wydarzeń, Tede ponoć nadal jest słuchany przez młodzież gimnazjalną.

A wy? Co zrobiliście w tym czasie ze swoim życiem?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Skomentuj i się podpisz.