środa, 3 września 2014

W jeszcze bardziej złowrogich odmętach służby zdrowia

Dotarliśmy na miejsce. Sanitariusz podpisał protokół przekazania jeńca siostrze oddziałowej i oddalił się w nieznanym kierunku. Rozejrzałem się dokoła i zdumiało mnie wszystko. Stare ubeckie kazamaty w pewnym momencie przerodziły się w zupełnie nowy budynek, gdzie zapach świeżego tynku nie zdążył jeszcze przesiąknąć swądem konających pacjentów.

Na eleganckim drewnianym blacie w recepcji stała tabliczka informująca, że do wi-fi nie trzeba hasła. W przedsionku znajdowała się skórzana kanapa, na której można było zasiąść i poczytać najświeższe doniesienia z prasy medycznej. Sielankowy nastrój psuły tylko wiszące na ścianach portrety uratowanych na oddziale baronów lewicy (np. Leszka Millera) wraz z autografami.


Czułem się otumaniony tym bizantyjskim przepychem, zupełnie jak wtedy, gdy w wieku 6 lat rodzice po raz pierwszy pozwolili mi wyjść z piwnicy. Z odrętwienia wyrwało mnie serdeczne pytanie pielęgniarki o to kogo ma poinformować, gdyby operacja się nie udała.
- Jak to kogo? Wszystkich - odparłem zgodnie z prawidłami stylu życia atencjusza, podając dane do logowania na mojego Facebooka.

Natychmiast zapytałem o statystyki zgonów podczas zabiegu wycięcia wyrostka, na co siostra odpowiedziała, że operację przeprowadzi doktor Kasia, której jeszcze nigdy nie zszedł żaden pacjent. Wtedy czułem się połowicznie uspokojony, bo dopiero jakiś czas potem okazało się, że doktor Kasia jest nawet młodsza ode mnie, a ja przecież miałem dopiero 26 lat. A co jak pracowała dopiero od tygodnia i mój przypadek był jej debiutem ze skalpelem w dłoni? W ogóle zawsze miałem dość niechętny stosunek w kwestii powierzania swojego życia kobietom - nie mam żony, nie wsiadam do tramwaju prowadzonego przez motorniczą, a w taksówce z kobietą za kółkiem zawsze zapinam pasy i trzymam się rączki u podsufitki. A teraz mam zostać porżnięty na kawałki przez 20-letnią studentkę zaocznej farmacji?

Na szczęście tym razem zdrowy męski szowinizm okazał się niczym nie uzasadniony - co już pewnie wiecie z uwagi na to, że to piszę. A gdybym nie żył, to bym nie pisał - proste.

Skierowano mnie do kwaterunku w trzyosobowej salce. Dostałem do ręki elektryczną golarkę, by miejsce cięcia było gładkie jak pupa niemowlaka. Było już po północy, więc nie spotkałem na korytarzu żadnego innego pacjenta - wszyscy spali już lub zmarli. Mój współlokator też, ale on był bardzo stary. Trzecie łóżko stało wolne. Następnego dnia zapełnił je największy nieszczęśnik, jakiego widziałem w życiu.

Nie zdążyłem nawet usiąść i sprawdzić, czy to możliwe, że w polskim szpitalu jest bezpłatne wi-fi i działa, gdy przyszła doktor Kasia z komunikatem, że mam się rozebrać do rosołu, przykryć białą płachtą i położyć na łóżku. Tak też zrobiłem, a już po chwili wieziono mnie na salę operacyjną - oczywiście przysłowiowymi nogami do przodu. Na sali poczułem się trochę jak melepeta, bo np. Rosjanin Leonid Rogozow w 1961 roku sam sobie zoperował wyrostek podczas wyprawy na Antarktydę, a do mnie trzeba było aż czwórki ludzi i narkozy.

Co do narkozy, to pamiętam tylko tyle, że kazali mi liczyć do dziesięciu, ale zanim powiedziałem "jeden", już leżałem nieprzytomny jak wór.

Obudziłem się w tzw. sali pooperacyjnej, najgorszym miejscu w jakim kiedykolwiek byłem, nie licząc może porodówki i Wałbrzycha. Wokół leżało kilkanaście osób po zabiegach, co chwila ktoś wrzeszczał, rzygał, robił pod siebie lub bełkotał. Ból był taki, że szturchającą mnie pielęgniarkę poprosiłem o zaduszenie mnie poduszką. Niestety ona usłyszała tylko posępne rzężenie, więc wstrzyknęła mi do kroplówki morfinę, co pozwoliło znowu odpłynąć i zapomnieć o tym położeniu wręcz tragicznym, beznadziejnym. Nie polecam być po operacji.

Panorama Wałbrzycha
Gdy oprzytomniałem na dobre, wrzaski sąsiadów wcale nie ustały, co chwila ktoś prosił o basen, ale niektórzy nie zdążali i salowe podnosiły raban. Ktoś dostał krwotoku i wywieźli go z powrotem w panice. Mnie odmówiono porannej dawki morfiny, podając mi w zamian wodę łyżeczką. Odwiedziła mnie za to doktor Kasia, pytając jak samopoczucie. Ja na to, że 2/10, ale jak ją widzę, to 3/10. Nawet w ciężkiej sytuacji trzeba być miłym dla ludzi.

Po kilku godzinach dogorywania przewieziono mnie (nogami do przodu, a jakże) do pierwotnej salki, gdzie oprócz bardzo starego człowieka dokooptowano całkiem młodego, 30-letniego heroinistę w stanie rozkładu (o tym że jest 30-letnim heroinistą dowiedziałem się z rozmowy pielęgniarek). Nie było z nim żadnego kontaktu, ciągle jęczał, miał do siebie przyczepione dwa worki i jakieś kabelki. Strasznie wkurwiało to bardzo starego człowieka, który przy każdej wizycie personelu medycznego utyskiwał na upierdliwego współlokatora. Ja się czułem jak kapitan Yossarian w scenie w lazarecie, gdy przywieziono tam żołnierza w bieli.

Żołnierz w bieli był od stóp do głów zakuty w gips i spowity bandażami. Miał dwie bezużyteczne ręce i dwie bezużyteczne nogi. Przemycono go na salę w nocy i nikt nie miał pojęcia o jego obecności aż do rana, kiedy to po przebudzeniu ujrzeli dwie dziwne nogi i dwie dziwne ręce wyciągnięte pionowo w górę, zawieszone dziwacznie w powietrzu za pomocą ołowianych ciężarków zwisających złowieszczo nad jego nieruchomym ciałem. W bandażach po wewnętrznej stronie jego łokci mieściły się zasuwane na zamek błyskawiczny usta, do których spływał przezroczysty płyn z przezroczystego naczynia. Z gipsu pokrywającego pachwinę wystawała milcząca metalowa rurka, z podłączonym cienkim elastycznym przewodem, który bardzo sprawnie odprowadzał produkty jego nerek do zakorkowanego przezroczystego naczynia stojącego na podłodze. W miarę tego jak opróżniało się naczynie odżywiające jego łokieć, naczynie na podłodze napełniało się płynem i wówczas po prostu naczynia szybko przestawiano i płyn mógł z powrotem spływać w jego ciało. Właściwie z całego żołnierza w bieli nigdy nie widzieli nic prócz czarnej, strzępiastej dziury nad jego ustami.

Mnie on nie przeszkadzał, bo okazało się, że działa internet. Założyłem słuchawki i pozwoliłem grupie Rammstein orać moją duszą dno Wisły.

Następnego dnia na śniadanie podano mi płynny beton zabielony wapnem, ale w związku z tym, że od prawie dwóch dni nic nie jadłem, smakował wybornie. Sfotografowałem tę ucztę:

Niedługo potem przyszedł ordynator i spytał czy przypadkiem nie mam czegoś do załatwienia w domu, bo przydałoby się im moje łóżko. A tu są przypadki przeszczepów trzustki czy usunięcia jelita grubego, a nie jakieś tam wyrostki. Prawdę mówiąc nic mnie tam nie trzymało, a ponadto z okna szpitalnego widziałem swój blok - potęgowało to jeszcze tęsknotę za resztkami normalności. Z radością się spakowałem, zdałem zachipowaną piżamę i wyszedłem na dwudziestostopniowy mróz. Gończe psy siedziały cicho w budach.

Mimo że spędziłem w Szpitalu przy Wołoskiej niecałe dwa dni, to notkę o tym pisałem prawie dwa lata. Pamiętajcie, że lepiej być młodym, pięknym, zdrowym, mądrym i bogatym niż starym, brzydkim, chorym, głupim i biednym.

7 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Śmiałam się na głos.

M.

Kamil Dworniczak pisze...

Dobry wpis.

Anonimowy pisze...

"Gończe psy siedziały cicho w budach." - no kurwa popłakałem się ze śmiechu, co za poeta pierdolony.

Anonimowy pisze...

#śmiechwgłos

Anonimowy pisze...

dobry post

Anonimowy pisze...

chuje i mury Radomia, runą,
Pozdrawiam.

Anonimowy pisze...

zajebiete :) poplakalem sie :) Szczupak

Prześlij komentarz

Skomentuj i się podpisz.