wtorek, 2 lipca 2013

W złowrogich odmętach służby zdrowia

Jakiś czas temu odwoziłem znajomego sportowca na badania do stołecznego szpitala MSWiA przy ul. Wołoskiej. Obiekt ten wydał mi się wówczas przerażającym molochem i pomyślałem w duchu, że nie chciałbym tam nigdy trafić. Nie minął nawet rok, gdy leżałem nieprzytomny na kozetce w stołecznym szpitalu MSWiA przy ul. Wołoskiej. To oznacza, że wojna z losem-figlarzem rozgorzała na dobre.

Zdarzały mi się w życiu dni, które rozpoczęły się typowym, niczym nie wyróżniającym się porankiem, a skończyły wieczorem niedorzecznym. Nie było ich może zbyt wiele (prowadzenie bagiennego życia zobowiązuje), ale jednak w kilku przypadkach zostałem zaskoczony. Jednak scenariusz, jaki zrealizował się tym razem, był na tyle bulwersujący, że aż podejmuję się czterdziestej próby powrotu do pracy twórczej na niniejszym blogu.

Wstałem o świcie, jak zwykle nieprzytomny, a jednak podekscytowany perspektywą 12-godzinnej zmiany w kopalni uranu. W windzie tradycyjnie zastanawiałem się kim jestem i dokąd zmierzam, co dźwig osobowy okrasił złośliwym komentarzem o treści "poziom zero". Chciałem spojrzeć z niesmakiem, ale przypomniałem sobie, że moja twarz nie umie wyrażać emocji. 

Był 6 grudnia, hordy nieletnich w komunikacji miejskiej rozmawiały o prezentach od Mikołaja, studenci wkurwiali samą swoją obecnością, a mnie zaczął boleć brzuch. To pewnie wirus Ebola; za chwilę zwymiotuję jelita, a od jutra będę nosił płuca w plastikowej torbie - zdiagnozowałem swój przypadek. "Proszę się rozejść, jestem lekarzem" - powiedziałem do współpasażerów metra. A może tylko pomyślałem.

Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem po przyjściu do pracy, było uruchomienie znanej wyszukiwarki Google. Porównałem moje dolegliwości z zawartością sieci i wyszło mi, że cierpię na raka, wyrostek lub ciążę pozamaciczną. Środkowy przypadek musiałem odrzucić, bowiem każda napotykana osoba mówiła mi z przekonaniem wypisanym na twarzy, że wyrostek jest z lewej strony, bo "moja ciotka miała kiedyś wyrostek i był z lewej". A mnie bolało z prawej, więc rak lub ciąża.

Chcąc nie chcąc, udałem się do lekarza, ponieważ tak właśnie robią dorośli i odpowiedzialni ludzie, do których się od niedawna zaliczam. Wygląd pani doktor nosił znamiona "bohaterskiej walki z upływającym czasem", co stwierdziłem po wytatuowanych brwiach i ondulacji pamiętającej prezydenturę Wałęsy. Lekarka puknęła mnie dwa razy ręką w brzuch i powiedziała: "wyrostek".

"Co też pani za bzdury opowiada, przecież wyrostek jest z lewej strony, ciotka kolegi z pracy miała i był z lewej". Zanim zdałem sobie sprawę, jak bardzo zła jest moja argumentacja, lekarka zdążyła trzykrotnie spojrzeć na mnie jak na debila i wypisać skierowanie do szpitala. "Więc jednak nie ciąża" - rzuciłem niemrawo pod nosem, co spotkało się tylko z dźwiękiem opadających rąk w białym kitlu.

W drodze do mieszczącego się nieopodal szpitala zastanawiałem się ile osób umiera codziennie w drodze do mieszczącego się nieopodal szpitala. "To tylko rutynowe badania" - zaklinałem rzeczywistość w duchu. "Chirurg pomaca, przepisze tabletki i każe jechać do domu" - kiwałem głową, jakbym z kimś rozmawiał, choć przecież otaczała mnie jedynie nienawistnie milcząca pustka Górnego Mokotowa.

Trafiłem na izbę przyjęć. Tam pierwszeństwo miały najgorsze przypadki, więc gdy już, już miała być moja kolej, nagle wpadał ktoś z wiertarką w skroni, siekierą w plecach albo z urwaną nogą w ręce. Na końcu służba więzienna wprowadziła zakrwawionego penitencjariusza i znowu spadłem na dalszą pozycję. W międzyczasie ktoś rozlał na posadzkę swój worek na mocz, ale nie wiem kto, bo akurat oznaczałem się na Foursquarze.

W końcu przyjął mnie chirurg. Był sympatycznym brodaczem z tendencją do mówienia przezabawnych rzeczy z kamienną twarzą. Coś w stylu wczesnego Krzysztofa Materny. Dialog wyglądał mniej więcej tak:
- Jak tam z wypróżnieniami dzisiaj?
- Bez rewelacji.
- Nie zawsze trzeba bić rekordy. Boli jak dotykam?
- Potwornie.
- Wyrostek. Będziemy cięli.
- To co, mam się jutro stawić?
- Jutro to pan będzie martwy. A ja zgniję w więzieniu. Zaraz skierowanie na oddział i dziś w nocy operacja.
- Jak to dziś? Ja prosto z pracy, nic nie mam ze sobą. Ile ta operacja potrwa?
- Ani minuty dłużej niż to konieczne. Sanitariusz zaraz zaprowadzi gdzie trzeba, żegnam.

Sanitariusz miał na oko z 20 lat.
- Może pan chodzić w miarę normalnie?
- Mogę.
- To świetnie, bo w promieniu kilometra nie ma żadnego wózka. Piżamę pan ma?
- Nie przy sobie. I nie nosiłem jej odkąd skończyłem 6 lat.

Zaczęliśmy schodzić mroczną klatką schodową do podziemi. Ciemno, nisko i rury podle stękające pod sufitem. W oddali migotało żałosne źródło światła. Wszystko wyglądało jak coś pomiędzy katownią UB a Wilczym Szańcem. A więc to koniec. Kula w łeb, wywózka do lasu i dół z wapnem. 340 fanów na Facebooku nawet się nie dowie, że kolejna przerwa w blogowaniu potrwa wieczność.

Pomyłka. To tylko szpitalny punkt wydawania piżam. Starsza pani siedząca za ladą spytała ile mam wzrostu. 189, odparłem dumny z siebie, biorąc się pod boki. Ale to zapalenie wyrostka, więc ból zaraz przywrócił mi postawę utrapionego, zgarbionego śmiecia.
- Za dużo. Mam na 180. Buty na zmianę ma?
Nie miałem.
- No to jak do szpitala przychodzi? Niech żona dowiezie klapki. Tu za kotarą się przebrać, palto, swetr i portki zostawić w depozycie i jazda stąd. Piżama unijna, zachipowana, niech dba. Jak będzie chciał uciec, to chip ochronę powiadomi, oni spuszczą psy, a te zagryzą.

A więc nici z brawurowej ucieczki w dziesięciostopniowym mrozie w piżamie. Tak czy siak, wkroczyłem w Himalaje absurdu. Szedłem przez szpital w ciężkich zimowych butach i unijnej, zachipowanej piżamie, w której nie mogłem zbiec bez podnoszenia alarmu i zwrócenia na siebie uwagi niesympatycznych psów gończych.

Niesympatyczny pies gończy dostrzegł zbiegłego pacjenta

Cały czas zmierzaliśmy z sanitariuszem na oddział gastroenterologii. Była to dla mnie wielka niewiadoma, ale nie nazwałbym swojego stanu podekscytowaniem. Moje wyobrażenia o służbie zdrowia były do tej pory mgliste, jednak gdzieś z tyłu głowy siedziała myśl, że fatalna renoma tej instytucji i wszechobecne utyskiwania tych, którzy mieli z nią kontakt, nie wzięły się znikąd. Spodziewałem się, że przy odrobinie szczęścia dostanę łóżko na korytarzu (po kimś, kto właśnie umarł i je zwolnił), a jeśli los będzie wyrozumiały, to grzyb z sufitu spadnie przynajmniej pół metra obok mnie. Czy wycie konających będzie do zniesienia, czy też wpędzi mnie w agonię? Czy jak wyrostek mi sperforuje, to znajdą mnie jeszcze tego samego tygodnia, czy też dopiero, jak sępy zaczną kołować nad moim utrudzonym truchłem? Podobnych pytań były setki.

Odpowiedzi poznacie w kolejnym odcinku tej pasjonującej relacji z wyprawy do krainy skalpela, morfiny i scen, których nikt nie powinien nigdy oglądać.

Część druga: W jeszcze bardziej złowrogich odmętach służby zdrowia

8 komentarzy:

Anonimowy pisze...

7 miesiecy dochodziles do siebie po tym traumatycznym przezyciu, az postanowiles sie nim podzielic? Podziw! Czekam na ciag dalszy.

Anonimowy pisze...

Nie no zacnie, zacnie.

Taki konkurs teraz jest w radio czy dzień dobry tvn, że się piszę jak bardzo kochasz UE, czemu tak mocno i za co właściwie.

Napisz, że za piżamę. Z tym nie będzie polemiki. Może dostaniesz długopis, który kiedyś uratuje Ci życie, bo dusząc się wykonasz nim samodzielnie tracheotomię, z obawy przed ponownym trafieniem na oddział. I tak.

Z poważaniem,
Kindziula

Lucky girl pisze...

no w końcu! fanki wracajo ._O

Anonimowy pisze...

Coś mnie wyjątkowo nie rozbawiłeś.

Anonimowy pisze...

dobry wpis.

annybloog pisze...

:)

Anonimowy pisze...

Ja pierdolę, jedno z najlżejszych piór w Polsce wykopało dół pod swój talent. Gdzie sława, gdzie rządzenie światem?

Anonimowy pisze...

Adi gdzie kolejne wpisy?!

Prześlij komentarz

Skomentuj i się podpisz.