![]() |
| Rutkowski każe ci leżeć, psie |
Ostatnio wiele się mówi o sukcesach słynnego detektywa Rutkowskiego, który pomógł odnaleźć zwłoki maleńkiej Madzi na gruzach Sosnowca. Rozwikłał przy tym misterną intrygę, którą ekscytowała się cała Polska - a przynajmniej ta jej część, której główną rozrywką jest pranie łachów wąsatym mężom pracującym w hutach. W międzyczasie legendarny tropiciel zaorał merytorycznie redaktor Kolendę-Zaleską na antenie stacji TVN24, czego niestety nie da się już zobaczyć na Youtube'ie (telewizja dba o to, by jej pracownicy nie byli pośmiewiskiem internetu i chytrze kasuje wszelkie ślady ich idiotyzmu). A jednak w pewnej sprawie nawet sam Rutkowski okazał się bezradny i do akcji musiał wkroczyć jego kolega po fachu: detektyw Lewandowski.
Chwila nieuwagi
Stała się bowiem rzecz straszna: w miniony weekend autor niniejszego blogu zgubił swój firmowy identyfikator, włócząc się z kolegami po mordowniach stolicy. Konsekwencje tej niefrasobliwości były wielorakie: nie mógł wejść do biura bez pomocy recepcjonistki, z tego samego powodu nie mógł też z biura wyjść. Zakazanym rewirem stał się także firmowy kibel. Te i inne niedogodności można było rozwiązać poprzez wyrobienie duplikatu identyfikatora, ale gdy okazało się, że taka przyjemność kosztuje 250 zł, entuzjazm autora opadł szybciej niż Robert Mateja.
Pech chciał, że feralnego wieczoru wasz ulubiony bloger odwiedził z kompanami nie jedno, a kilka miejsc - m.in. klub bilardowy, kebab, pub, nocną budę z alkoholem i koksownik na przystanku. To sprawiło, że poszukiwania musiano zakroić na szeroką skalę i niezbędną okazała się pomoc specjalisty. Zawezwano więc kogoś, kto miał na koncie kilka spektakularnych sukcesów w podobnych sprawach. Wspomnijmy chociażby osławione odnalezienie kluczy do mieszkania w klubie "Medyk" czy zlokalizowanie rękawiczki koleżanki, która wisiała na płotku przy przystanku tramwajowym przez cały dzień (mówiono o tym w stolicy latami, zawsze szeptem). Tym kimś był wspomniany detektyw Lewandowski.
![]() |
| Ministerstwo Spraw Wewnętrznych |
Klub bilardowy
Bohater niniejszej opowieści nie zamierzał zwlekać i czym prędzej zarządził śledztwo. Pierwszy trop wiódł do klubu bilardowego "Biblioteka" przy ul. Rakowieckiej. To bardzo specyficzne miejsce znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, co sprawia, że przyciąga określoną klientelę: byłych esbeków i emerytowanych przedstawicieli służb mundurowych. Słowem: członków aparatu przemocy, którym z czasów dawnej świetności pozostały jedynie resztki władzy nad niewiele młodszymi kelnerkami. W jednej sali odbywa się dansing, gdzie kobiety o wyglądzie zdradzającym "bohaterską walkę z upływającym czasem" łapią ostatnie promienie słońca przed zbliżającą się jesienią życia - wirują na parkiecie w objęciach starszawych panów z zaczeskami i koszulami z krótkim rękawem.
A w drugiej sali gra się w bilard i można tam spotkać Adama Ferencego siedzącego przy bombie piwa.
Gdy detektyw Lewandowski zjawił się tam niespodziewanie w dwie doby po felernym wieczorze, lokal był pusty. Trzeba dodać, że zajmuje on ogromną powierzchnię, więc zlokalizowanie kogokolwiek z obsługi nie było proste. Po kilku minutach nawoływań zjawiła się w końcu kobieta podająca się za barmankę. Choć nie było to konieczne, detektyw wraz z ekipą czterdziestu dobrze wyszkolonych podwładnych obezwładnił ją paralizatorem, skopał i przywiązał do krzesła. Niestety przesłuchiwana nie zaczęła mówić, a co gorsza: sprawiała wrażenie, jakby cały ten akt bezprecedensowej przemocy sprawił jej radość.
Po przeprowadzeniu z nią błyskotliwej gry operacyjnej udało się ustalić, że nie posiada ona wystarczającej wiedzy o identyfikatorze Lewandowskiego. Za to przyznała, że w damskiej toalecie znalazła zaginiony rolex Breżniewa. Detektyw wraz z ekipą oddalił się z miejsca zdarzenia, tylko nieznacznie luzując powróz na nadgarstkach kobiety.
![]() |
| Koksownik |
Kebab, pub, koksownik
Drugim obiektem zainteresowania był kebab Alanya przy ul. Batorego, gdzie autor bloga udał się po sesji gry w bilard, by przekąsić coś ciepłego i zdrowego. Tam poszło dużo łatwiej: krojący mięso Turek przestał kroić mięso i wyjął wielkie pudło z zaginionymi rzeczami. Poza relikwią Matki Teresy i Bursztynową Komnatą nie zawierało ono nic ciekawego, a już na pewno nie przedmiot pożądania tropiciela.
Jak wynikało z akt sprawy, po uzupełnieniu składników odżywczych w kebabie Alanya bloger udał się do pubu Bolek, nazwanego tak dla uczczenia wyboru Wałęsy na prezydenta. Tam wspomnienia zaczęła spowijać coraz gęstsza mgła, więc było to bardzo prawdopodobne miejsce zaginięcia dokumentu. Rzeczami znalezionymi przez personel zajmował się menadżer lokalu, zatem to on został wytypowany do odpowiedzenia na kilka pytań.
- Czy wie pan coś o zaginionym identyfikatorze?
- Nie pamiętam, by coś takiego znaleziono.
- Może to panu odświeży pamięć? - spytał detektyw, wręczając menadżerowi banknot 200-złotowy.
- Hmm... Nie. Właściwie czemu tak panu na nim zależy?
- Nie przypominam sobie, bym pozwolił panu zadawać pytania.
- Może to panu odświeży pamięć? - skontrował menadżer, wręczając detektywowi banknot 200-złotowy.
- Nic tu po nas. Zlikwidować go - mówiąc to, detektyw skinął głową na swojego człowieka, trzymającego w rękach kanister z benzyną.
Następnym punktem eskapady był koksownik przy wejściu do stacji metra Pole Mokotowskie. Zarząd Transportu Miejskiego wspaniałomyślnie porozstawiał te urządzenia w mieście stołecznym z uwagi na paraliżujące mrozy. Niejednemu uratowały życie. Pod koniec fatalnego w skutkach wieczoru bloger ogrzewał tam dłonie i roztapiał sople zwisające z twarzy, więc może tam jakimś trafem wypadł identyfikator.
Niestety, mimo że koksownik padł ofiarą wyjątkowego bestialstwa ze strony detektywa Lewandowskiego, wciąż zaciekle milczał, zbywając kolejne pytania pogardliwym skwierczeniem.
Olśnienie
Zaraz. Przy koksowniku bloger nie był sam, towarzyszyła mu małpka Lubelskiej Grejpfrutowej. Ale skąd się wzięła? Detektyw rozejrzał się dokoła. Wreszcie jego uwagę przykuła budka na rogu Batorego i Niepodległości, gdzie przez całą dobę sprzedaje się alkohol - zgubę ludzkości i zagładę Polaków. Po wejściu do środka oczom tropiciela ukazała się brzydka gęba Lewandowskiego nadrukowana na plastikowej plakietce, przypiętej do kratki chroniącej sprzedawcę przed pijakami.
- Pff. Rutkowski? - powiedział do siebie detektyw, po czym splunął obficie.




pierszy!
OdpowiedzUsuńpierwszy
OdpowiedzUsuńDzwonił Harlan Coben, chce się zapisać na praktyki w pisaniu kryminałów.
OdpowiedzUsuńdobry wpis
OdpowiedzUsuńsłaby wpis
OdpowiedzUsuńz całą pewnością wpis
OdpowiedzUsuńmocnyś jest w gębie jak Dereck Chisora
OdpowiedzUsuńBARDZO DOBRY WPIS ADRIANIE LEWY, CZYTAŁEM Z ZACIEKAWIENIEM.
OdpowiedzUsuńW każdy weekend 3000 pijanych kierowców...
OdpowiedzUsuńŚwietny wpis, już wiem dlaczego co roku marnuje te 2 złote z groszami na Ciebie ;)
OdpowiedzUsuńN.
Wspaniały wpis.
OdpowiedzUsuńChujowy, choć nie czytałem.
OdpowiedzUsuń