środa, 11 stycznia 2012

Poczet współlokatorów (odc. 1)

Trzej Królowie przynoszą dary losu
Pamiętaj, abyś dzień święty święcił - pouczają od ponad trzech tysięcy lat Mojżeszowe Tablice. Zatem 6 stycznia bieżącego roku, zamiast jak co dzień zerwać się bladym świtem i jechać tramwajem do pracy w kopalni uranu, świętowałem. Przeprowadzkę.

Jak wyliczyli specjaliści z think-tanku przy niniejszym blogu, była to moja szósta przeprowadzka odkąd mieszkam w Warszawie. Wychodzi więc na to, że średnio raz na rok z okładem przenoszę się w inne miejsce. Wiąże się to zwykle z wymianą współlokatorów, których w stolicy miałem już 13. Czas dokonać brutalnego rozliczenia z tą grupą nieszczęśników.

Jacek

Zaczęło się w październiku 2005 r., gdy jako nierozgarnięty młokos z resztkami trądziku przyjechałem z Lublina do Warszawy na studia. Oczywiście - jak to ja - tak prozaiczne sprawy jak poszukiwanie mieszkania zostawiłem na ostatnią chwilę. Efekt mógł być tylko jeden: pod koniec września obudziłem się z ręką w nocniku. Na szczęście moja uczelnia dbała o swoich studentów i dla takich jak ja miała ofertę specjalną: miejsce w hotelu pracowniczym na Bródnie za połowę normalnej ceny. Pomyślałem, że pobędę tam parę tygodni, poznam trochę miasto i zorientuję się w sytuacji na rynku wynajmu mieszkań, a potem coś znajdę. Z niewiadomych przyczyn uznałem, że to doskonały pomysł.
Tu stawiałem pierwsze kroki w Warszawie - ul. św. Wincentego na Bródnie
Hotel pracowniczy to coś na kształt akademika, tylko mieszkają w nim sami starzy robotnicy i nie ma imprez na korytarzu - spirytus rozrabiany jest w pokojach. W dzienniku sprzed ponad 6 lat zanotowałem:
O 17 zameldowałem się w obskurnym hotelu pracowniczym, który jako figlarz pierwszej wody nazwałem Bródno-Plaza (boki zrywać). Wszystko nastrajało w nim tak optymistycznie, że postanowiłem schlać się na umór. Do pokoju przydzielono mi współlokatora, więc była pewna nadzieja, że znajdę towarzysza do kieliszka. Jednak chwilowo tylko jego rzeczy walały się po pokoju, on zaś był nieobecny. Może go np. zabili? Mniejsza z tym, udałem się po wódkę na stację Statoil. Gdy wróciłem, wciąż go nie było. Byłem zdesperowany, ale nie na tyle, by pić do lustra. A reszta towarzystwa w hotelu to robole i jakaś swołocz, którą uzupełniają dziewczęta wątpliwej urody i obyczajów. Dobrze, że insekty nie łażą po pokoju. Zjadłem kanapkę z żółtym serem, poczytałem gazetę. Po kilku godzinach przewracania się z boku na bok, usnąłem. (Dzienniki Warszawskie, 1 października 2005)
Współlokator przyszedł następnego dnia, bo zgodnie z moimi przypuszczeniami gdzieś się szlajał. Okazało się, że ma na imię Jacek. O dziwo od razu go polubiłem (ja zwykle wolno przekonuję się do ludzi) - mieliśmy podobne poczucie humoru i dało się normalnie porozmawiać. Największą jego wadą było to, że pochodził z Radomia, ale wspaniałomyślnie mu to wybaczyłem. Nadrabiał bowiem tym, że sprzątał po sobie, nie śmierdział i był rozgarnięty. Doceniłem to dopiero po jakimś czasie, gdy okazało się, że cechy te nie występują u ludzi tak często, jak mogłoby się wydawać.

Mogłem go uznać za prawdziwego towarzysza niedoli, bo tak jak ja miał tendencję do malkontenctwa na otaczający świat. Psioczył na Warszawę nie mniej niż ja, a na naszym lokum to już nie zostawiał suchej nitki. Regularnie kończyliśmy dzień przy piwie - zwykle we dwóch, choć czasem ktoś się dołączył. Jak pisałem, w budynku mieszkały też dziewczęta swobodne i otwarte, choć w żadnym wypadku nie rekompensowało to ich fatalnego wyglądu.
Wieczory upływają mi na rozmowach w gronie 4 osób z roku, które również mają zaszczyt pomieszkiwać w Bródno-Plaza. Popijam piwo, myję się w zagrzybionej wannie, tłukę prusaki i w przeraźliwym zimnie zasypiam, snując wielkie plany na przyszłość. (D.W., 7 października 2005)
Z Jackiem mieszkałem tylko przez miesiąc, bo szybko mu Bródno zbrzydło i gdzieś się wyniósł. Ja w październiku głównie aklimatyzowałem się w stolicy, co sprowadzało się w znacznej mierze do picia z kolegami z roku i chodzenia na jakieś przygodne imprezy. Mieszkania szukać mi się nie chciało, poza tym włączyli ogrzewanie i zrobiło się całkiem znośnie. Postanowiłem, że jeszcze przez miesiąc zostanę w hotelu pracowniczym przy św. Wincentego.
Panorama Bródna
Drugi Jacek

Niestety zdecydowałem się za późno, a biurokracja hotelowa wymagała, żeby to zrobić na 7 dni przed listopadem. W związku z tym musieli mnie skreślić i zapisać od nowa, a także przydzielić mi nowy pokój. Dostałem też nowego współlokatora. Sądząc po poprzednim - byłem dobrej myśli. Niestety, tym razem los nie był tak łaskawy i skoszarowano mnie z pospolitym idiotą.

Miał same wady: był głupi, zostawiał po sobie syf i śmierdział. Smażył kaszankę z cebulą i przez dwa tygodnie chodził w jednym t-shircie. Studiował jakieś hotelarstwo czy coś w tym rodzaju - co byłoby nieistotne, gdyby nie miał w zwyczaju roztaczać przede mną swoich wizji rewitalizacji naszego "hotelu".
- Najważniejsze jest ocieplenie, PODKREŚLAM: ocieplenie. Gdyby obłożyli ten budynek warstwą styropianu i pomalowali na kolorowo, oszczędziliby do 30% kosztów ogrzewania, zaś atrakcyjny wygląd przyciągałby zagranicznych turystów.
Potrafił tak godzinami. Ale nie to było najgorsze. Najgorsze było to, że nie dało się z nim normalnie rozmawiać, bo komunikaty słowne docierały do niego z opóźnieniem. Słyszał co się mówi, potem przez kilka sekund analizował treść, po czym odpowiadał: "co?". Wtedy ja zaczynałem powtarzać, a on mi przerywał i odpowiadał na pytanie. Przykład:
- Idę do sklepu, chcesz coś?
- (po5-sekundowej analizie) Co?
- Idę do skle...
- Nie, wszystko mam.

To sprawiało, że wolałem milczeć i czytać prasę. Zresztą opinie na jego temat skrupulatnie zapisywałem w kołonotatniku:
Tym razem nie miałem tej dozy szczęścia, którą miałem miesiąc temu i zamiast znakomitego towarzysza trafiłem na nieco przyjebanego typa. Student wieczorowy hotelarstwa i czegoś tam, były pracownik McDonalda, obecnie kelner w Sphinxie. Wygląda, jakby codziennie jarał kilogramy trawy. Ma poważne problemy z kojarzeniem, przyswajaniem faktów. Od 3 lat mieszka w Bródno-Plaza, a to musi mieć poważny wpływ na psychikę. Wszystko trzeba mu dwa razy powtarzać, bo albo nie dosłyszy, albo nie dociera. Od początku mnie wkurwiał. Tyle dobrego, że miał własny telewizor, komputer i lodówkę. Dobrze, że wieczorem gdzieś poszedł. (D.W., 7 listopada 2005)
Współlokator non stop siedzi zgarbiony przy kompie, grając. Nie ma z nim kontaktu. Nieraz tylko zakrzyknie, że rozjebał potworowi czaszkę przy pomocy shotguna i woła mnie na powtórki. Czym sobie zasłużyłem na takiego gnoma? (D.W., 8 listopada 2005)
O 21 wróci ten tłumok w przepoconej bluzie i do godzin nocnych będzie łoił w gry. (D.W., 9 listopada 2005)
Albo taki hit:
Kaszanka z cebulą - ta jeszcze wygląda nieźle
Jakby ktoś pytał o definicję oszołoma, wskazałbym na niego bez wahania. Dotychczas cierpliwie znosiłem jego ułomności, ale dziś miarka się przebrała. Wszedłem do pokoju i mało się nie zrzygałem. Chmura dymu ograniczała widoczność do metra. Spalił chyba miliard fajek, do tego przypalił kaszankę z cebulą. Od dwóch dni wpieprza tylko kaszankę z cebulą. Ma takie plastikowe wiaderko po śledziach w lodówce (na lewo od majonezu), wydłubuje z niego swój przysmak, rzuca na niemytą patelnię, smaży i żre. W dodatku śmierdzi od niego stęchlizną (od delikwenta z pokoju, nie od wiaderka po śledziach), bo myje się co 3 dni. Poza tym nie zmywa po sobie naczyń, co jest przyczynkiem do narodzin pleśni, bierze bez pytania moje sztućce, które następnie muszę dezynfekować Ace (wybielacz nad wybielacze, nic silniejszego pod ręką nie mam). Pali szlugi jak najęty, całe dnie spędza przy kompie, bo nie chce mu się łazić do szkoły. Wyjątkowy, ordynarny, obleśny próżniak. W dodatku narcyz i to głupi jak but. A jak się z nim gada, to każdą kwestię trzeba dwa razy powtarzać, taki jest tępy. Nieraz smaży tę kaszankę i przypomni sobie o niej, gdy jest spalona na zupełny węgiel. A ostatnio telewizor mu się zepsuł i jestem skazany na słuchanie wygłaszanych przez niego dyrdymałów. Ale niech moi wrogowie nie zacierają rąk z powodu tej ciężkiej niedoli. Poprzysiągłem sobie: czas się spakować i wypierdalać. Żegnam. (D.W., 23 listopada 2005)
Wtedy już zdecydowanie zarysował się przede mną cel opuszczenia tego tętniącego beznadzieją miejsca. Wytrzymałem jeszcze parę dni, by w grudniu przeprowadzić się na Wolę. Tam też było ciekawie, ale o tym będzie w drugiej części (chyba nie ostatniej). W każdym razie Drugi Jacek jest do dziś niekwestionowanym liderem najgorszych współlokatorów w Europie Środkowo-Wschodniej. Bardzo proszę, byście pozostali z nami.

12 komentarzy:

Kamil Dworniczak pisze...

pierszy!

Maciej Paprocki pisze...

No, to może być ciekawe.

Maciej Paprocki pisze...

Myślałem,że dowiem się czegoś ciekawego o sobie, ale przypomniało mi się, że z Tobą nie mieszkałem.

Anonimowy pisze...

dobry wpis

Anonimowy pisze...

Panie Lewandoski, Pan jesteś niestety plebs i studencina. Bogaci ludzie( ogarnięci studenci ), nie muszą się tułać po hotelach robotniczych. Wystarczy kupić sobie mieszkanie w Warszawie, tudzieź wynająć coś samemu, nie będąc skazanym na łaskę mieszkania z kimś obcym. Wstyd.

Anonimowy pisze...

dobry wpis

Aga Kowalczyk pisze...

Lewandossski ja Cię tylko lojalnie ostrzegam.

Anonimowy pisze...

Haha ja też miałem współlokatora Jacka. Pospolity wieśniak. Cechami charakterystycznymi była bełkotliwa mowa, powtarzanie po dwa razy każdego zdania, tak jakbym nie słyszał, i czekanie z uśmiechem na moją reakcję. Miał zwyczaj jadania płatków z mlekiem zawsze kiedy spałem. Mlaskał jak świnia. Herbatę też cicho nie był. Kiedyś nie wiadomo skąd wspomniał mi z głupawym uśmiechem mniej więcej coś takiego: "Ej... wiesz, że dziewczyny we Frncji się tam nie golą?" wskazał przy tym na swoje krocze "nie golą się" dodał po chwili i patrzył na mnie czekając, aż zacznę mu bić brawo. Krzyczał przez sen i zaszczycał mnie widokiem dekoltu murarza. Boże, co to był za pojeb...
:)

Szczepan pisze...

Dla porządku przypominam, że nadal nie ustalono ilu było Trzech Króli.

Maciej Paprocki pisze...

Jest odzew ze strony płci pięknej, znaczy będzie ciekawiej niż myślałem.

Anonimowy pisze...

Mnie w Jackach razi głównie to, że podstawowa forma ich imienia jest już zdrobniona. A poza tym, Twój wpis przypomniał mi o kilku rzeczach:
1. znałam kiedyś jednego śmierdzącego Jacka-komputerowca (komputeyowca- nie wymawiał "r"),
2. pisanie pamiętnika w kołonotatniku (bądź w brulionie czy kajecie i to zamykanym na kłódkę), to jest poważna sprawa, aż żal, że już się z tego wyrosło,
3. regularne pisanie bloga uzasadnia wpisanie w CV "sumienność" jako swoją główną zaletę,
a poza tym to już chyba za długi komentarz, dokończę kiedy indziej, cześć!

Anonimowy pisze...

ale to żart, czy nie? bo żeby oczekiwać wstydu z powodu statusu materialnego?? i co ma wspólnego bogaty i ogarnięty student? jak na poważnie to chyba nie czaje ;)

Prześlij komentarz

Skomentuj i się podpisz.